Rozmowa z Joanną Pogorzelską

„Nigdy nie jest za późno na to, co dla nas dobre.”

Rozmowa z Joanną Pogorzelską

Autor: Sławomir Krempa

Znacznie mniej boimy się piątki z przodu niż dwudziestolatki trójki, bo już wiemy, że to naprawdę nic nie zmienia. A właściwie nawet daje przewagę nad młodszymi: już nic nie musimy, a tak wiele jeszcze możemy – mówi Joanna Pogorzelska, autorka książki Wiecznie młodzi czyli pokolenie mocy. To zbiór wywiadów z przedstawicielami „power generation” – ludźmi po pięćdziesiątce, którzy pokazują, że życie jest piękne bez względu na wiek. 

„Pięćdziesiątka” to nowa „trzydziestka”?

To sformułowanie staje się coraz bardziej powszechne. Jeśli uznamy, że trzydziestka to energia, radość życia i już trochę mądrości życiowej, to tak – pięćdziesiątka jest do niej podobna. A nawet lepsza, bo mądrości już zazwyczaj jest więcej. Myślę jednak, że nie ma sensu za bardzo skupiać się na liczbach.

Nie da się jednak ukryć, że dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie czują się znacznie młodziej, niż wynikałoby to z ich metryki. Czy właśnie znaleźliśmy eliksir młodości? Jak to się stało? 

Tak, badanie, o którym wspominam w Wiecznie młodych…, dowodzi, że dziś osoby 50+ często przeczą metryce. Są zdrowsze, bardziej o siebie dbają i są lepiej zorientowane w świecie niż pokolenie ich rodziców. Na pewno nie przystają do stereotypu nieporadnego emeryta, wykluczonego społecznie, w tym cyfrowo, nie nadążającego za zmianami w świecie. Ale eliksir młodości nie istnieje, wiele czynników przyczyniło się do tego zjawiska, to proces, nie stało się to z dnia na dzień. Myślę, że aby zrozumieć, jak przebiegała ta zmiana, należy sięgnąć daleko wstecz, do lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy Polska, w wyniku przemian politycznych, społecznych i obyczajowych otworzyła się na świat. Ówcześni młodzi zobaczyli, jak żyją ludzie w innych krajach, jak ciekawe, intensywne i pełne może być to życie. Nie bez znaczenia jest też to, że zmiany gospodarcze w Polsce tamtego czasu umożliwiły wielu pracę za coraz lepsze pieniądze, otwarcie własnych biznesów czy robienie kariery w zagranicznych firmach wchodzących do naszego kraju. To przełożyło się na lepszą sytuację finansową niż za siermiężnej komuny i przyniosło nowe możliwości. Jednak, jak wspomniałam, jest to proces trwający od lat, wciąż niezakończony. Krótko mówiąc: nauczyliśmy się żyć lepiej, fajniej. Moi rozmówcy to potwierdzają.

W Polsce nie bez przyczyny na ukształtowanie obecnych pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatków wpływ miało doświadczenie życia zarówno w komunizmie, jak i wolnej Polsce – to też podkreśla wielu Pani rozmówców. 

Ten fakt stanowi jeden z najważniejszych wyróżników pokolenia mocy. Młodość w czasach wiecznego niedoboru właściwie wszystkiego – przedmiotów życia codziennego, żywności, ale też książek, sensownej oferty spędzania wolnego czasu, brak możliwości swobodnego podróżowania, wszechobecne polityczne kłamstwo – to wszystko sprawiło, że życie na każdej płaszczyźnie organizowaliśmy sobie sami. Jak mówi Jerzy Górski, wiecznie coś się załatwiało, po znajomości, spod lady. I wszystko mieliśmy. W sklepach mięsnych haki były puste, a stoły się uginały. Na marginesie: czy ktoś z młodych dziś wie, jak wyglądały te sklepy? Jak wiadomo, „Polak potrafi”. Potrafi wszystko, bo nauczył się polegać na sobie. Warto zauważyć, że wtedy umieliśmy, mimo wszystko, czerpać z tego życia radość. Może to prawo młodości? Jak wspomina Beata Borucka, imprezy przy salcesonie i bimbrze były częste i wesołe.

Dlaczego to doświadczenie jest ważne? Ponieważ dzięki tamtym latom nie rozczulamy się nad sobą, nie jesteśmy roszczeniowi i narzekający, tylko bierzemy sprawy w swoje ręce. I odnajdujemy się w dzisiejszej rzeczywistości całkiem dobrze. Oczywiście, mamy w tej generacji, jak w każdej innej zresztą, także osoby mniej przebojowe, raczej wycofane, bierne. To naturalne, jednak ogólny obraz pokolenia mocy jest pozytywny.

W mediach coraz częściej mówi się o „silver generation”. Pani zachęca, by mówić raczej o „power generation”. Ale nie chodzi tylko o to, że osoby po pięćdziesiątce coraz częściej farbują włosy. 

Termin „silver generation” przywędrował do nas ze świata. Na Zachodzie tak określa się osoby dojrzałe. Swoją drogą, może także dlatego, że siwizna nie jest tam czymś, co ukrywa się pod farbą, ludzie żyją bardziej naturalnie i w zgodzie ze sobą. „Power generation” to określenie, które socjolodzy nadali polskim pięćdziesięciolatkom i starszym. Bo my mamy w sobie tę moc, tę przemożną chęć odreagowania socjalistycznej szarości, biedy i braku możliwości. Co ważne, wciąż z zapałem uczymy się nowych umiejętności. Raport z badania, które było dla mnie inspiracją do przeprowadzenia tych wywiadów, nosi tytuł: „Power generation – pieniądze, seks i władza. Co napędza osoby po pięćdziesiątce”. Tak: pieniądze, seks i władza wciąż grają ważną rolę w naszym życiu.

W serialu „Przyjaciele”, który ukształtował wielu dzisiejszych trzydziesto-, czterdziestolatków, chwilą, której wszyscy się bali, były trzydzieste urodziny. A wreszcie okazało się, że w tym wyjątkowym dniu właściwie nic się nie stało, niewiele się zmieniło. Z „pięćdziesiątką” jest podobnie?

Myślę, że my znacznie mniej boimy się piątki z przodu niż dwudziestolatki trójki. Bo już wiemy, że to naprawdę nic nie zmienia. A właściwie nawet daje przewagę nad młodszymi: już nic nie musimy, a tak wiele jeszcze możemy.

Czujemy się młodsi – świetnie. Ale coś jednak po pięćdziesiątce się zmienia. Co? 

Bywa, że podupadamy na zdrowiu, choć to, jak wspominałam, zdarza się rzadziej niż w poprzednich pokoleniach, bo żyjemy bardziej świadomie i zdrowiej. Dzieci wyfruwają nam z gniazda i mamy więcej czasu dla siebie oraz partnera. Owszem, czasem zdajemy sobie sprawę, że związek się wypalił i bywa, że mamy ochotę na nowy. W tym czasie też stajemy się babciami i dziadkami, co zwykle niesie nową wielką radość. Mamy też czas na własne pasje, często ustabilizowaną sytuację materialną i dzięki temu stać nas na przyjemności. Jest jednak też zjawisko negatywne: czasem pracodawca zaczyna postrzegać nas jak osobę niewidzialną, stawiając na młodych. W Polsce tu jest jeszcze wiele do zrobienia. O ile na świecie zespoły zróżnicowane wiekowo, gdzie młodość miesza się z doświadczeniem, to norma, o tyle u nas dopiero powoli, z oporami zmieniamy spojrzenie na tę kwestię.

Momentem jeszcze większych zmian jest chwila przejścia na emeryturę. Nie oznacza to jednak dzisiaj zaprzestania jakiejkolwiek aktywności. 

Przedstawiciele power generation zazwyczaj opóźniają czas przejścia na emeryturę, nie wyobrażają sobie zaprzestania pracy, izolacji od dotychczasowego środowiska. Jednak kiedy w końcu ten moment nadchodzi, natychmiast zaczynają robić to, na co dotąd nie mieli czasu, czyli poświęcają się temu, co lubią. Bywa, że są to wnuki i w takim wyborze też nie ma nic złego.

Seniorzy podejmują też coraz częściej aktywność sportową, czasami zaczynając „od zera”, bo nigdy wcześniej nie mieli czasu na ćwiczenia fizyczne.

Tak, jak wspomniałam, zaczynają robić to, na co dotąd nie było czasu. Nierzadko ruch jest zaleceniem od lekarza, ale wtedy jest raczej umiarkowany. Ale przecież dobre i to.

Tylko czy na niektóre rzeczy po prostu nie jest za późno? 

Nigdy nie jest za późno na to, co dla nas dobre. Zapewne słyszał pan o osiemdziesięcioletnich maratończykach, kulturystach czy tancerzach, którzy są świetni w tym, co robią. To ekstrema potwierdzające fakt, że masa zwykłych ludzi 50+ ćwiczy rekreacyjnie z wielką korzyścią dla siebie.

Co jeszcze robią seniorzy na emeryturze? 

Proszę, unikajmy słowa „senior”, przynajmniej do czasu, aż przestanie się źle kojarzyć. Osoby na emeryturze robią wszystko to, co młodsze. Miewają drugą pracę, podróżują, angażują się społecznie, kupują nowe samochody, uprawiają seks, po prostu żyją.

Wszystko to zajmuje strasznie dużo czasu. Czy to oznacza, że współcześni rodzice nie „podrzucą” już dzieci dziadkom na weekend? 

Wie pan, obserwuję, że dziś rodzicami ludzie zostają później, niż kiedy ja byłam dwudziestolatką. Dlatego dziadkowie też mają dla siebie więcej czasu. Ale kiedy już pojawiają się wnuki, to kochamy je szaleńczo i doskonale godzimy „babciowanie”, jak mówi Beata Borucka, z życiem na pełnych obrotach.

Marek Bachański, Barbara Falender, Henryka-Krzywonos-Strycharska, Paweł Łoziński, Maria Romanek, Jacek Santorski, Krzysztof Skiba, ale też Jerzy Iwaszkiewicz, Magdalena Środa, Beata Borucka czy Jacek Jaśkowiak. Jak dobierała Pani rozmówców? Co łączy ich – poza metryką? 

To osoby z różnych światów, bo i polityk, i artyści, i blogerka, i lekarz czy sportowiec. Ta różnorodność była moim założeniem, wszak świat jest zróżnicowany i przez to ciekawy. Jednak był klucz, którym się posłużyłam, myśląc o moich rozmówcach. Chodziło mi o to, żeby, poza tym, że to osoby wybitne w swoich dziedzinach, żeby każda z nich wnosiła coś wartościowego do swojej społeczności, czy szerzej, do rzeczywistości w ogóle. Doskonałym przykładem jest tu pani Maria Romanek, o której szersza publiczność nie słyszała, a jeśli tak, to przez chwilę. Pani Maria jest emerytowaną polonistką z małej bieszczadzkiej wioski. Odważyła się wziąć udział w programie telewizyjnym Milionerzy i wygrać główną nagrodę! Już jadąc do Warszawy na nagranie myślała o tym, komu pomoże za ewentualną wygraną. Sobie zostawiła niewiele. Pomogła choremu chłopcu zebrać pieniądze na operację, obdarowała bliskich, a reszta poszła na odnawianie zabytkowych nagrobków cmentarza w Lesku. Pani Maria od lat działa w lokalnych społecznościach aktywizując mieszkańców.

Które spotkanie było dla Pani najbardziej zaskakujące lub inspirujące? Z którego nauczyła się Pani najwięcej?

Trudne pytanie. Dosłownie każda osoba była dla mnie przygodą w sensie intelektualnym. Niezwykle intensywna jest rozmowa z Jackiem Santorskim, także z Barbarą Falender – charyzmatyczną rzeźbiarką światowej sławy. Jednak podkreślam – każde spotkanie było dla mnie świętem, niosło mnóstwo pozytywnych emocji i ważnych treści.

A czy podczas tych rozmów dowiedziała się Pani również czegoś o sobie?

Cały ten projekt właściwie od siebie rozpoczęłam. Przyjrzałam się swojemu życiu i ze zdziwieniem zauważyłam, że upodobniło się ono do tego z czasu, kiedy miałam trzydzieści lat, tyle tylko, że dzieci już wyszły z domu. Osiemdziesięciosześcioletnia Sophia Loren powiedziała niedawno, że wciąż czuje się jak dwudziestolatka. Sądzę, że nie ma w tym wiele przesady. W końcu, według Mademoiselle Chanel, kobieta ma tyle lat, ile sobie wybierze. Ja mam trzydzieści pięć. Podczas spotkań z moimi Gośćmi potwierdziła się dość oczywista prawda: róbmy swoje i kochajmy ludzi. A o sobie dowiedziałam się, że jestem silna, silniejsza niż kiedykolwiek.

Ale podobnych przykładów jest dużo więcej. Z kimś jeszcze chciałaby Pani porozmawiać o życiu po pięćdziesiątce?  

Wie pan, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Myślę o kolejnych rozmowach. Może z wybitnymi przedsiębiorcami, prawnikami, naukowcami? Chciałabym też dotrzeć do przedstawicieli pokolenia mocy rozsianych po różnych zakątkach naszego kraju, przedstawić osoby z pozoru anonimowe, a warte poznania. Mam też pomysł, by pokolenie mocy zaistniało w internecie w nowy sposób. Jednak zbyt wcześnie jeszcze na szczegóły.

Czego warto więc życzyć osobom, które kończą pięćdziesiąt i więcej lat? 

Żeby przestały liczyć, nie próbowały się odmładzać i zaczęły myśleć o sobie. Odrobina zdrowego egoizmu nikomu nie zaszkodzi.