Julian Gozdowski – król Polany Jakuszyckiej

Człowiek legenda. Biegowi Piastów w Jakuszycach poświęcił życie. Osiemdziesięciolatek jest wzorem i inspiracją dla pokoleń sportowców.

„Najsłynniejsi ludzie śniegu? Yeti i Julian Gozdowski”, tak napisała o nim Gazeta Wrocławska. Podczas gdy Yeti jest zagadką, Juliana Gozdowskiego znają miliony. Dziś osiemdziesięciosześcioletni legendarny twórca słynnej na cały świat imprezy narciarskiej Bieg Piastów, komandor Biegu, prezes Stowarzyszenia Bieg Piastów, dobry duch Polany Jakuszyckiej czyli biegowego centrum świata koło Szklarskiej Poręby, jeszcze niedawno był aktywny. Przez całe swoje pracowite życie organizował, doradzał i załatwiał to, czego nikt inny nie potrafił.

Urodzony w1935 roku w Czortkowie (dziś Ukraina), o nartach zaczął marzyć już jako siedmiolatek. Tak wspomina dzieciństwo: „Z okna mojego domu na zielonym Podolu miałem widok na Górę Jurczyńskiego. Lubiłem się jej przyglądać, wiosną, latem, jesienią, ale tak naprawdę fascynowała mnie zimą. Cała w bieli, jej ogrom (oczywiście tylko moje małe oczy tak ją widziały) sprawiał, że stale marzyłem, aby z niej zjechać na nartach. Moje sny zaczęły się spełniać, gdy osiągnąłem wiek szkolny. Trwała wówczas straszliwa wojna, w której zaginął gdzieś w świecie mój ojciec. Właśnie podczas wojennego kataklizmu zrealizowałem swoje marzenie. Był rok 1943, Niemcy w panice wycofywali się ze wschodu po klęsce pod Stalingradem. Jeden z żołnierzy Wehrmachtu zgubił nartę. Ukryłem ją jak drogocenny skarb i, gdy wkroczyli Rosjanie, zjechałem na tej jednej narcie z Góry Jurczyńskiego! Trochę na niej potem szalałem, z dużo niższej Wygnanki zjechałem kilka razy.”

Przed wojną ojciec Juliana pracował w starostwie powiatowym, a mama zajmowała się domem. W 1945 roku rodzina stanęła przed wyborem: obywatelstwo Związku Radzieckiego albo przesiedlenie. Cała rodzina głosowała, łącznie z Julkiem. Jednogłośnie wybrali wyjazd do Polski. W wagonie towarowym przyjechali na Dolny Śląsk, do Sobieszowa. Po wojnie Julek długimi miesiącami nie widział ojca. Senior Gozdowski trafił do armii generała Andersa, walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. W 1945 roku miał wypadek samochodowy, złamał mostek i żebra. Wtedy był to bardzo poważny uraz. Pan Gozdowski dwa lata leczył się w Szkocji, zanim wrócił do swoich.

Julek zawsze był ambitny. Biegał po okolicy na nartach z MKS Karkonosze Jelenia Góra i, choć chorowity, marzył o medalu olimpijskim. Zapalenie płuc sprawiło, że musiał z niego zrezygnować, jednak ze studiów w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego we Wrocławiu (obecnie AWF) rezygnować nie zamierzał. Obowiązywał wtedy nakaz pracy. Julian odpracował trzy lata i na studia zdał. Po dyplomie został kierownikiem sekcji narciarskiej na uczelni i nauczycielem wychowania fizycznego w szkole. Dopiero w latach sześćdziesiątych odszedł ze szkolnictwa i objął kierownictwo Wydziału Kultury Fizycznej Urzędu Wojewódzkiego w Jeleniej Górze.

Nie był pierwszy w Jakuszycach, przyznaje. Przed nim pojawił się tam Jerzy Lechowicz, następnie Walter Judka, Bogdan Henśl, Tadeusz Jankowski i Włodzimierz Paszkiewicz. Biegały tam też takie sławy jak Bronisław Haczkiewicz czy Zbigniew Lipiński. Po wojnie, aby dostać się na Polanę Jakuszycką, trzeba było mieć przepustkę Wojsk Ochrony Pogranicza. Południowe rubieże Polski nie były w tym czasie bezpieczne. Po ustaleniu granic Czesi czuli się skrzywdzeni, dochodziło do groźnych incydentów, niejeden raz słychać było strzały.

Julian Gozdowski tak wspomina czas, kiedy był trenerem: „Serce mnie bolało na widok moich podopiecznych, a także innych biegaczy. Byli bardzo biednymi krewnymi alpejczyków. Nie mieli ładnych strojów, butów, ręce mieli zawsze brudne od prymitywnych smarów, bez których biegać się nie dało. Zjazdowcy swoje „cywilne” ubrania zostawiali w szatniach, biegacze wieszali na drzewach albo rzucali, gdzie popadło. Przysiągłem sobie to zmienić.” Początki były jednak trudne. Udało mu się jakoś namówić leśników, żeby pozwolili na ociosywanie odrostów świerków, by można było na nich wieszać ubrania. Zapał Juliana przekonał ich, że warto od czasu do czasu posłuchać tego szalonego z pozoru człowieka. Sam zresztą też chwytał siekierę i pomagał drwalom.

Jakuszyce to miejsce wyjątkowe. Mają mikroklimat, którego zalety poznali jeszcze Niemcy w latach 30., gdy przygotowywali się do berlińskich igrzysk. Teren jest doskonale wentylowany, bo na przełęczy hulają wiatry o korzystnej dla ludzi wilgotności. Sezon trwa tu niemal do maja. Julian Gozdowski mówi: „Świerki rosły tam w przedziwny sposób, ich korzenie rozchodziły się w ziemi płytko i bardzo szeroko. Silne wiatry przewracały je bez trudu, aż wreszcie na początku lat 70. doszło do katastrofy. Powalone zostały setki hektarów lasów. Trzeba było to uprzątnąć. Przyznaję, katastrofa pomogła nam przy zmianach w miejscu, w którym od pewnego czasu organizowano coraz poważniejsze krajowe zawody, z mistrzostwami włącznie. Ale mnie marzył się wielki, masowy bieg narciarski. Śledziłem relacje z Biegu Wazów w Szwecji i podobnych imprez w Europie. Zazdrościłem Czechom Jizerskiej Padesatki, rozgrywanej dwa kroki od Jakuszyc. Zgłosiłem propozycję, ale opór lokalnej władzy był silny. Cóż w jej hierarchii znaczył kierownik wydziału sportu?” Dwa lata zabiegów poszły na marne. Na szczęście urokami miejsca oraz ideą biegu udało się zainteresować telewizję. Wtedy władze natychmiast zmieniły zadanie. I tak 1976 roku odbył się pierwszy Bieg Piastów. Co prawda Jakuszyce były dość luźno związane ze śląskimi Piastami, ale nazwa była nośna. Gozdowskiemu marzyła się rozbudowa infrastruktury na Polanie, większa liczba startujących, z niczego nie chciał rezygnować, problemów przybywało. W końcu sytuacja stała się tak nieznośna, że władze miasta pozbyły się imprezy, a z nią kłopotów. Gozdowski jednak nie poddał się. Stworzył Stowarzyszenie Bieg Piastów, które przejęło markę, organizację, a gdy tylko zmieniły się uwarunkowania polityczno-ekonomiczne, także Polanę. Nie było łatwo, rzucano im kłody pod nogi, jednak „ukochane dziecko” Gozdowskiego zdobyło sobie tylu przyjaciół, że można było walczyć, wydeptywać ścieżki do urzędników.

 W pierwszym Biegu wystartowało 513 osób, głównie dzieci z okolicy. Julian Gozdowski oczywiście też. Później już tylko szefował, bo niełatwo było łączyć role zawodnika i komandora Biegu. W 1995 roku Bieg Piastów został włączony do prestiżowej Europejskiej Ligi Biegów Długodystansowych „Euroloppet”, a w 2009  do Światowej Ligi Biegów Długodystansowych „Worldloppet”. W tym samym roku przyznano Biegowi nagrodę dla najlepszej imprezy masowej w ramach plebiscytu Przeglądu Sportowego. Historyczny okazał się też rok 2012. Rozegrane zostały wtedy na Polanie biegi Pucharu Świata. „Mamy działalność całoroczną i trasy z homologacją światową”, mówi Gozdowski. „Zimą się szusuje, latem jeździ na rowerach. Dla mnie najistotniejsze jest, by jak najwięcej Dolnoślązaków biegało w Piastach.”

Bieg odbywa się nieprzerwanie od czterdziestu pięciu lat. Dziś bierze w nim udział około pięciu tysięcy uczestników. Od maluchów do tych najbardziej doświadczonych. Koronny dystans to pięćdziesiąt kilometrów. W rodzinie Gozdowskich nie ma takich, co nie biegają. Biegała żona Anna, onegdaj uczennica pana Juliana (młodsza o dziewięć lat), biegają córki Elwira i Gosia, a także chodzą już wnuki: Agnieszka, Magda i Wiktor. Nawet przy świątecznym stole rozmowa toczy się wokół biegu. „Gdyby nie Julian, nie byłoby narciarstwa na Polanie”, zapewnia Ryszard Witke, były skoczek narciarski z Karpacza, olimpijczyk z Innsbrucku (1964) i Grenoble (1968).

Julian Gozdowski jest Kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Krzyża Komandorskiego tego orderu. Jest też Honorowym Członkiem Polskiego Związku Narciarskiego. Dopiero kilka lat temu zrezygnował ze swoich funkcji ze względu na zdrowie.

„Przeszedłem długą drogę: od Tarnopolszczyzny do Gór Izerskich, od nauczyciela szkoły podstawowej do komandora Biegu Piastów. Wiła się, miała trudne do pokonania zakręty, wymagała wysiłku, ale warto było nią przejść…”, mówi król Polany Jakuszyckiej.

Autorka: Joanna Pogorzelska

Dodaj komentarz

„Najsłynniejsi ludzie śniegu? Yeti i Julian Gozdowski”, tak napisała o nim Gazeta Wrocławska. Podczas gdy Yeti jest zagadką, Juliana Gozdowskiego znają miliony. Dziś osiemdziesięciosześcioletni legendarny twórca słynnej na cały świat imprezy narciarskiej Bieg Piastów, komandor Biegu, prezes Stowarzyszenia Bieg Piastów, dobry duch Polany Jakuszyckiej czyli biegowego centrum świata koło Szklarskiej Poręby, jeszcze niedawno był aktywny. Przez całe swoje pracowite życie organizował, doradzał i załatwiał to, czego nikt inny nie potrafił.

Urodzony w1935 roku w Czortkowie (dziś Ukraina), o nartach zaczął marzyć już jako siedmiolatek. Tak wspomina dzieciństwo: „Z okna mojego domu na zielonym Podolu miałem widok na Górę Jurczyńskiego. Lubiłem się jej przyglądać, wiosną, latem, jesienią, ale tak naprawdę fascynowała mnie zimą. Cała w bieli, jej ogrom (oczywiście tylko moje małe oczy tak ją widziały) sprawiał, że stale marzyłem, aby z niej zjechać na nartach. Moje sny zaczęły się spełniać, gdy osiągnąłem wiek szkolny. Trwała wówczas straszliwa wojna, w której zaginął gdzieś w świecie mój ojciec. Właśnie podczas wojennego kataklizmu zrealizowałem swoje marzenie. Był rok 1943, Niemcy w panice wycofywali się ze wschodu po klęsce pod Stalingradem. Jeden z żołnierzy Wehrmachtu zgubił nartę. Ukryłem ją jak drogocenny skarb i, gdy wkroczyli Rosjanie, zjechałem na tej jednej narcie z Góry Jurczyńskiego! Trochę na niej potem szalałem, z dużo niższej Wygnanki zjechałem kilka razy.”

Przed wojną ojciec Juliana pracował w starostwie powiatowym, a mama zajmowała się domem. W 1945 roku rodzina stanęła przed wyborem: obywatelstwo Związku Radzieckiego albo przesiedlenie. Cała rodzina głosowała, łącznie z Julkiem. Jednogłośnie wybrali wyjazd do Polski. W wagonie towarowym przyjechali na Dolny Śląsk, do Sobieszowa. Po wojnie Julek długimi miesiącami nie widział ojca. Senior Gozdowski trafił do armii generała Andersa, walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. W 1945 roku miał wypadek samochodowy, złamał mostek i żebra. Wtedy był to bardzo poważny uraz. Pan Gozdowski dwa lata leczył się w Szkocji, zanim wrócić do swoich.

Julek zawsze był ambitny. Biegał po okolicy na nartach z MKS Karkonosze Jelenia Góra i, choć chorowity, marzył o medalu olimpijskim. Zapalenie płuc sprawiło, że musiał z niego zrezygnować, jednak ze studiów w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego we Wrocławiu (obecnie AWF) rezygnować nie zamierzał. Obowiązywał wtedy nakaz pracy. Julian odpracował trzy lata i na studia zdał. Po dyplomie został kierownikiem sekcji narciarskiej na uczelni i nauczycielem wychowania fizycznego w szkole. Dopiero w latach sześćdziesiątych odszedł ze szkolnictwa i objął kierownictwo Wydziału Kultury Fizycznej Urzędu Wojewódzkiego w Jeleniej Górze.

Nie był pierwszy w Jakuszycach, przyznaje. Przed nim pojawił się tam Jerzy Lechowicz, następnie Walter Judka, Bogdan Henśl, Tadeusz Jankowski i Włodzimierz Paszkiewicz. Biegały tam też takie sławy jak Bronisław Haczkiewicz czy Zbigniew Lipiński. Po wojnie, aby dostać się na Polanę Jakuszycką, trzeba było mieć przepustkę Wojsk Ochrony Pogranicza. Południowe rubieże Polski nie były w tym czasie bezpieczne. Po ustaleniu granic Czesi czuli się skrzywdzeni, dochodziło do groźnych incydentów, niejeden raz słychać było strzały.

Julian Gozdowski tak wspomina czas, kiedy był trenerem: „Serce mnie bolało na widok moich podopiecznych, a także innych biegaczy. Byli bardzo biednymi krewnymi alpejczyków. Nie mieli ładnych strojów, butów, ręce mieli zawsze brudne od prymitywnych smarów, bez których biegać się nie dało. Zjazdowcy swoje „cywilne” ubrania zostawiali w szatniach, biegacze wieszali na drzewach albo rzucali, gdzie popadło. Przysiągłem sobie to zmienić.” Początki były jednak trudne. Udało mu się jakoś namówić leśników, żeby pozwolili na ociosywanie odrostów świerków, by można było na nich wieszać ubrania. Zapał Juliana przekonał ich, że warto od czasu do czasu posłuchać tego szalonego z pozoru człowieka. Sam zresztą też chwytał siekierę i pomagał drwalom.

Jakuszyce to miejsce wyjątkowe. Mają mikroklimat, którego zalety poznali jeszcze Niemcy w latach 30., gdy przygotowywali się do berlińskich igrzysk. Teren jest doskonale wentylowany, bo na przełęczy hulają wiatry o korzystnej dla ludzi wilgotności. Sezon trwa tu niemal do maja. Julian Gozdowski mówi: „Świerki rosły tam w przedziwny sposób, ich korzenie rozchodziły się w ziemi płytko i bardzo szeroko. Silne wiatry przewracały je bez trudu, aż wreszcie na początku lat 70. doszło do katastrofy. Powalone zostały setki hektarów lasów. Trzeba było to uprzątnąć. Przyznaję, katastrofa pomogła nam przy zmianach w miejscu, w którym od pewnego czasu organizowano coraz poważniejsze krajowe zawody, z mistrzostwami włącznie. Ale mnie marzył się wielki, masowy bieg narciarski. Śledziłem relacje z Biegu Wazów w Szwecji i podobnych imprez w Europie. Zazdrościłem Czechom Jizerskiej Padesatki, rozgrywanej dwa kroki od Jakuszyc. Zgłosiłem propozycję, ale opór lokalnej władzy był silny. Cóż w jej hierarchii znaczył kierownik wydziału sportu?” Dwa lata zabiegów poszły na marne. Na szczęście urokami miejsca oraz ideą biegu udało się zainteresować telewizję. Wtedy władze natychmiast zmieniły zadanie. I tak 1976 roku odbył się pierwszy Bieg Piastów. Co prawda Jakuszyce były dość luźno związane ze śląskimi Piastami, ale nazwa była nośna. Gozdowskiemu marzyła się rozbudowa infrastruktury na Polanie, większa liczba startujących, z niczego nie chciał rezygnować, problemów przybywało. W końcu sytuacja stała się tak nieznośna, że władze miasta pozbyły się imprezy, a z nią kłopotów. Gozdowski jednak nie poddał się. Stworzył Stowarzyszenie Bieg Piastów, które przejęło markę, organizację, a gdy tylko zmieniły się uwarunkowania polityczno-ekonomiczne, także Polanę. Nie było łatwo, rzucano im kłody pod nogi, jednak „ukochane dziecko” Gozdowskiego zdobyło sobie tylu przyjaciół, że można było walczyć, wydeptywać ścieżki do urzędników.

 W pierwszym Biegu wystartowało 513 osób, głównie dzieci z okolicy. Julian Gozdowski oczywiście też. Później już tylko szefował, bo niełatwo było łączyć role zawodnika i komandora Biegu. W 1995 roku Bieg Piastów został włączony do prestiżowej Europejskiej Ligi Biegów Długodystansowych „Euroloppet”, a w 2009  do Światowej Ligi Biegów Długodystansowych „Worldloppet”. W tym samym roku przyznano Biegowi nagrodę dla najlepszej imprezy masowej w ramach plebiscytu Przeglądu Sportowego. Historyczny okazał się też rok 2012. Rozegrane zostały wtedy na Polanie biegi Pucharu Świata. „Mamy działalność całoroczną i trasy z homologacją światową”, mówi Gozdowski. „Zimą się szusuje, latem jeździ na rowerach. Dla mnie najistotniejsze jest, by jak najwięcej Dolnoślązaków biegało w Piastach.”

Bieg odbywa się nieprzerwanie od czterdziestu pięciu lat. Dziś bierze w nim udział około pięciu tysięcy uczestników. Od maluchów do tych najbardziej doświadczonych. Koronny dystans to pięćdziesiąt kilometrów. W rodzinie Gozdowskich nie ma takich, co nie biegają. Biegała żona Anna, onegdaj uczennica pana Juliana (młodsza o dziewięć lat), biegają córki Elwira i Gosia, a także chodzą już wnuki: Agnieszka, Magda i Wiktor. Nawet przy świątecznym stole rozmowa toczy się wokół biegu. „Gdyby nie Julian, nie byłoby narciarstwa na Polanie”, zapewnia Ryszard Witke, były skoczek narciarski z Karpacza, olimpijczyk z Innsbrucku (1964) i Grenoble (1968).

Julian Gozdowski jest Kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Krzyża Komandorskiego tego orderu. Jest też Honorowym Członkiem Polskiego Związku Narciarskiego. Dopiero kilka lat temu zrezygnował ze swoich funkcji ze względu na zdrowie.

„Przeszedłem długą drogę: od Tarnopolszczyzny do Gór Izerskich, od nauczyciela szkoły podstawowej do komandora Biegu Piastów. Wiła się, miała trudne do pokonania zakręty, wymagała wysiłku, ale warto było nią przejść…”, mówi król Polany Jakuszyckiej.

Autorka: Joanna Pogorzelska