Kategoria: biografie

SPOTKANIE Z JOANNĄ POGORZELSKĄ, AUTORKĄ KSIĄŻKI „WIECZNIE MŁODZI, CZYLI POKOLENIE MOCY”

SZCZEGÓŁY WYDARZENIA

Spotkanie autorskie wokół zbioru wywiadów ze znanymi ludźmi, którzy udowadniają, że życie jest piękne w każdym wieku. Rozmowy składają się w mozaikę tworzącą portret generacji 50+.

W spotkaniu wezmą udział bohaterowie książki – Paweł Łoziński i Jacek Santorski

 

/ online – bezpłatnie /

Rozmowa z profesor Marią Siemionow – mikrochirurgiem, transplantologiem

Profesor Maria Siemionow

Mikrochirurg, transplantolog. Profesor Ortopedii na Uniwersytecie Illinois w Chicago w Stanach Zjednoczonych

Autorytet i sława medycznego świata.

W 2008 roku dokonała pierwszej w USA udanej operacji transplantacji twarzy. W wyniku dwudziestodwugodzinnej operacji ośmioosobowy zespół pod jej kierunkiem przeszczepił kobiecie będącej ofiarą postrzelenia około 80 procent powierzchni twarzy pochodzącej od zmarłej kobiety. Żaden z poprzednich przeszczepów nie obejmował tak rozległego obszaru twarzy. Przeszczep wymagał połączenia licznych kości, mięśni, nerwów i naczyń krwionośnych. Pacjentka odzyskała utraconą szczękę, podniebienie, górną wargę, policzki, nos i powiekę dolną. Znów mogła samodzielnie oddychać, mówić i jeść. Przygotowania do tego przedsięwzięcia trwały dwadzieścia lat. Niezwykle trudno było uzyskać zgodę komitetu bioetycznego. Zespół profesor Siemionow jako pierwszy na świecie otrzymał tę zgodę.

Profesor Siemionow jest autorką licznych prac naukowych publikowanych w prestiżowych pismach medycznych.

Lekarka, naukowiec i kobieta biznesu. Bada komórki chimeryczne, które być może zastąpią immunosupresanty, dotąd niezbędne po transplantacji, a niezwykle szkodliwe. Badania potwierdziły skuteczność komórek chimerycznych także w walce z dystrofią mięśniową Duchenne’a. Aby wprowadzić do klinik terapię komórkami chimerycznymi, profesor założyła biotechnologiczną spółkę Dystrogen. Technologia Dystrogenu jest uniwersalna i obejmuje większą grupę pacjentów z dystrofiami mięśniowymi niż rozwiązania proponowane przez innych badaczy. Komórki chimeryczne powstają poprzez pobranie odpowiednich elementów komórki dawcy i otoczenie ich komórką biorcy, tak by organizm rozpoznał ją jako swoją. Dzięki temu możliwa jest produkcja dystrofiny – białka, którego brak prowadzi do zaniku mięśni. Dystrogen nie jest pierwszym startupem założonym przez Marię Siemionow. Pracując w Cleveland Clinic profesor założyła wraz z partnerami firmę Tolera Therapeutics, która pracowała nad preparatem wspomagającym transplantacje.

W USA profesor Siemionow opracowała aż cztery terapie, które zostały objęte ochroną patentową, między innymi terapię regenerującą nerwy kończyn lub twarzy.

Za wybitne osiągnięcia w dziedzinie chirurgii plastycznej i za zasługi w pracy naukowej profesor Maria Siemionow została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Jest także Doktorem Honoris Causa macierzystej uczelni w Poznaniu, a także Honorowym Obywatelem Poznania oraz Krotoszyna, skąd pochodzi.

Otrzymała też Perłę Honorową Polskiej Gospodarki w kategorii nauka, przyznawaną przez redakcję Polish Market.

Zna pięć języków.

 

 

– Jaką dziewczynką Pani była?

 

– Energiczną. Zawsze miałam mnóstwo pomysłów. Na przykład w pierwszej klasie szkoły podstawowej upierałam się, że wygram Wyścig Pokoju. Młode pokolenie pewnie nie wie, co to było. To gigantyczna międzynarodowa impreza kolarska, wielki wyścig sportowców z „krajów demokracji ludowej” po tychże krajach. W tamtych czasach to było coś, czym wszyscy żyli. Zmagania peletonów, ucieczki liderów, kolejne etapy – w mediach nie było wtedy nic ważniejszego. Wiedziałam, że to jest coś fantastycznego, że wszyscy o tym mówią, i postanowiłam, że też kiedyś coś takiego zrobię. Omawiałam mój plan z koleżanką Basią, ale nie wierzyła. Może to w jakiś sposób określa moją osobowość.

 

– Szukała Pani wyzwań?

 

– Może nie szukałam, ale każde potencjalne wyzwanie było dla mnie po prostu sprawą do załatwienia. Nie widziałam problemów, nawet w trudnych sytuacjach, czy to w szkole, czy na studiach, czy później w życiu zawodowym. Jako młoda lekarka, jeszcze asystentka, pierwsza oceniałam mikrorobota z NASA, z Jet Propulsion Laboratories (Pasadena, Kalifornia , który był przygotowywany do wykorzystania w przestrzeni kosmicznej. To niebywałe, maleńkie urządzenie miało też pomagać mikrochirurgom, czyli chirurgom, którzy pracują pod mikroskopem, w łączeniu małych tętnic, żył, czy nerwów. To było wiele lat przed tym dużym i ogólnie znanym wydarzeniem z 2008 roku, jakim był przeszczep niemal całej twarzy.

 

– Wyjechała pani do Stanów Zjednoczonych ze względu na lepsze możliwości zawodowe, naukowe?

 

– Tak, przyjechałam do Stanów Zjednoczonych na fellowship, to jest na roczny pobyt w najbardziej znanym w tamtym okresie Instytucie Chirurgii Ręki i Mikrochirurgii (Christine M. Kleinert Institute for Hand and Microsurgery) w Louisville i spędziłam rok ucząc się zabiegów mikrochirurgicznych. Pracowaliśmy od szóstej rano do dwudziestej trzeciej czy czwartej. W rolniczym stanie Kentucky było mnóstwo wypadków przy maszynach rolniczych. Bez przerwy przywożono do nas ludzi z uciętymi palcami, rękami, czy nogami. I my te kończyny po nocach przyszywaliśmy. Dla mnie była to świetna możliwość nauczenia się mikrochirurgii i replantacji, czyli transplantacji własnych części ciała.

 

– Jeśli chodzi o transplantację twarzy sprzed dwunastu lat, czy spodziewała się pani, że lata pracy doprowadzą panią do takiego spektakularnego wydarzenia?

 

– Trudno przewidzieć, co będziemy robili za dwadzieścia lat, ale podjęcie decyzji, żeby pracować na modelu zwierzęcym, a także na zwłokach ludzkich, wykonywać transplantacje twarzy u szczura lub zmarłego człowieka sprawiło, że potem mogłam dobrze przygotować zespół chirurgiczny do pracy z pacjentem. Te lata były nie tylko przygotowaniem do technicznych aspektów transplantacji. Bardzo interesowałam się też lekami immunosupresyjnymi, które każdy pacjent po przeszczepie musi brać, mimo, że są bardzo obciążające. Moim celem było wprowadzenie nowych technologii, które będą oszczędzały biorcę niekonwencjonalnego transplantu, jakim jest transplant twarzy. Bez nerki można żyć, na dializach, ale co to za życie. Ludzie mówią, że bez twarzy można. Teoretycznie tak, ale też, co to za życie. Istniało wiele wątpliwości natury bioetycznej, media o tym dużo pisały, odczucia społeczne też były ambiwalentne. Bo wydawało się, że jeżeli ktoś ma dostać nową twarz i do końca życia brać leki przeciwko jej odrzuceniu, co może skrócić jego życie, a to zdrowy człowiek, to po co. Łatwo powiedzieć nam, zdrowym, że OK, bez twarzy można żyć. Jednak osoba, która jej nie ma, przeżywa katusze. Dla niej wyjście z domu jest prawie niemożliwe, bo ludzie się gapią, pokazują palcami, odwracają wzrok, wyzywają… Trzeba wejść w cudzą skórę, żeby rozumieć, że to nie jest tylko estetyka, ale funkcjonowanie.

 

– Przeszczep wymagał połączenia kości, mięśni, nerwów, nie było żuchwy, podniebienia… skala tej operacji, jej trudność była bez precedensu.

 

– Potem prowadziłam jeszcze dwie operacje pełnego przeszczepu twarzy. W roku 2014 to był mężczyzna. A potem, w roku 2017 była najmłodsza nasza pacjentka: młoda dziewczyna, osiemnastolatka, która chciała popełnić samobójstwo i strzeliła sobie w twarz. Magazyn National Geographic poświęcił jej wtedy cały numer. Obserwowali ją od samego początku, przed operacją, po operacji, pisali, jak sobie radzi.

 

– Powiedziała pani, że odpowiedzialność za przeszczep jest obustronna, to znaczy dotyczy lekarza, ale i pacjenta. W jakim sensie?

 

– W każdej relacji pacjent – lekarz najważniejsze jest zaufanie. Pacjent musi wierzyć, że lekarz chce dla niego jak najlepiej. W dzisiejszej medycynie, gdzie wszyscy się spieszymy, czasami jest to prawie niewykonalne. Niezmiernie ważne jest to, że leki, które pacjent musi brać, te przeciwko odrzuceniu przeszczepu, w zasadzie decydują o tym, czy organ będzie utrzymany czy odrzucony. Jeżeli, nie ufając lekarzowi, pacjent przestałby brać leki, to miałby odrzut i znalazłby się w jeszcze gorszej sytuacji niż przed przeszczepem. Te leki dają bardzo dużo uciążliwych objawów ubocznych, takich jak bóle głowy, stawów, nudności, złe samopoczucie, spadek odporności. Dlatego pacjent musi wierzyć lekarzowi, że, mimo wszystko, chce on jego dobra. Lekarz zaś musi ufać, że pacjent go słucha i rozumie powagę sytuacji. Jeżeli pacjent przychodzi po trzech miesiącach na wizytę i lekarz zauważa, że część twarzy ma objawy, które mogą wskazywać na odrzut, to pyta, czy pacjent cały czas brał leki. Jeśli pacjent powie, że czasami nie brał, to wiadomo, że to nie jest nowy  problem immunologiczny, tylko odrzut następuje z powodu niesubordynacji pacjenta. Jeżeli natomiast pacjent brał leki codziennie, jak pacierz, a mimo to jest odrzut, to trzeba zrobić mnóstwo testów immunologicznych, zdecydować, czy nie zwiększyć dawki leku, czy potrzebne są jeszcze jakieś inne interwencje. Jeśli zaś pacjent powie na przykład, że co drugi weekend nie brał, to wtedy powiem, że skończy się tak, że nie będzie miał twarzy i że nie będziemy się widywać. Wtedy wiem, że nie muszę wykonywać żadnych kosztownych testów. Właśnie dlatego, cały czas pracuję nad nowymi terapiami komórkowymi, które, mam nadzieję, kiedyś zastąpią leki immunosupresyjne.

 

– Co to osiągniecie zmieniło w pani zawodowym życiu?

 

– Zmieniło dużo. Spotkało się z ogromnym zainteresowaniem wśród kolegów, odbiło się głośnym echem w mediach, w świecie akademickim i naukowym. Razem ze mną śledzono losy pacjentki po transplantacji. To jeszcze bardziej mnie motywowało do prowadzenia badań nad terapiami komórkowymi wspomagającymi przeszczep bez występowania objawów ubocznych. Więcej czasu spędzałam na przygotowywaniu wykładów. Bardzo dużo jeździłam po świecie, co było przyjemne, ale też męczące. Jednego dnia byłam w Warszawie czy Poznaniu, a następnego w Seulu, Cleveland lub w Chicago. To wymagało ogromnej energii. Wykłady trzeba przygotowywać bardzo solidnie, bo ludzie, którzy na nie zapraszają, są bardzo wymagający, mają dużą wiedzę i zadają trudne pytania.

 

– Jak pani godzi pracę lekarza z prowadzeniem badań naukowych?

 

– To kwestia logistyki, przygotowania zespołu, który pracuje w laboratorium. Jeżeli poprawnie  przygotuje się plan badania, określi, jakie są jego cele, co jest najważniejsze, kiedy nie brakuje pieniędzy z grantów i jest dobry zespół, taki jak osoby, z którymi obecnie pracuję, młodzi naukowcy z Polski; kiedy wszystko jest dobrze ustawione, a ludzie, którzy wykonują przygotowane przeze mnie badania, wiedzą, co mają robić, i są entuzjastyczni, to kolejne etapy badan można wykonać prawidłowo.

 

– Powiedziała Pani kiedyś, że wojny napędzają rozwój medycyny.

 

– Niestety tak. Na przykład podczas I wojny światowej, ze względu na charakter tej wojny, na wybuchające w okopach bomby, bardzo wielu żołnierzy miało zdeformowane twarze. W tamtym okresie w Wielkiej Brytanii przeprowadzono badania dotyczące odrzucenia przeszczepu skóry. Leczono tych młodych żołnierzy poprzez pobieranie ich skóry, na przykład z uda, żeby pokryć blizny na twarzy. Okazało, że skóra własna nie jest odrzucana. Kiedy własnej skóry nie wystarczało, i pobierano, na przykład, skórę brata albo kolegi, to następował odrzut. Z tego okresu pochodzą najlepsze badania, które pokazują, co trzeba zrobić, żeby skóra została zaakceptowana. Było to bardzo ważnym przyczynkiem do zrozumienia immunologii bardzo specyficznego organu jakim jest twarz.

 

– Jak wygląda pani zwykły dzień?

 

–  Od ponad roku nie mamy zwykłych dni. Codziennie dzieją się rzeczy, których kiedyś nie spodziewaliśmy się. No ale pracujemy. Prowadzę badania w szpitalu, kilka razy w tygodniu widuję pacjentów, którzy wymagają operacji, operuję. Poza tym mam bardzo duże laboratorium na terenie kampusu uniwersyteckiego, gdzie spotykam się z rezydentami, fellow’ami czy stypendystami z Polski. Omawiamy doświadczenia na najbliższe dni, granty na przedłużenie badań czy na nowe projekty. Jeśli nie operuję i nie jestem w poradni, to piszę wnioski o granty, a także przygotowuję publikacje do różnych  pism naukowych. Oczywiście bardzo pomagają mi współpracownicy, choćby poprzez przygotowywanie tabel, zdjęć, wykresów. Jednak cała merytoryczna praca, opis oraz interpretacja wyników naszych badań  naukowych należy do mnie. Od siódmej rano do dwudziestej czwartej jestem zajęta. Dzień ma zwykle dwadzieścia cztery godziny, ale mój ma czasami znacznie więcej. Nieraz myślę, że w jednym życiu przeżyłam co najmniej dwa życia – tyle się wydarzyło, tylu wychowałam młodych lekarzy czy naukowców: około dwustu, w tym niemal sześćdziesięcioro z Polski. Moje życie jest dynamiczne, intensywne, ciekawe. Co prawda wcześniej było bardziej ruchliwe, a teraz się „zzoomowało”.

 

– Mówi pani, że w gruncie rzeczy nigdy nie wyemigrowała.

 

– W Polsce nie byłam od 2019 roku, wcześniej jeździłam częściej, czy to na wykłady czy na urlop. Lubię polskie morze i góry. Mimo, że podróży nie ma, część wykładów prowadzę nadal, przez internet. W przyszłym tygodniu mam spotkanie z młodymi polskimi lekarzami tu w Chicago. Bardzo chcą zostać w Stanach. Mam im podpowiedzieć, co zrobić, aby utrzymać się na tym trudnym amerykańskim rynku.

 

– Skąd w Pani ta moc, ta siła?

 

– No przecież zawsze chciałam wygrać Wyścig Pokoju… Po latach, kiedy już byłam dojrzałą lekarką, i przypadkiem spojrzałam na zdjęcia z Wyścigu, to dotarło do mnie, że tam w ogóle nie było kobiet. Może to właśnie świadczy o tym, że ja nigdzie nie widzę żadnych przeszkód. Stymuluje mnie coś, co jest wyzwaniem, ale rozsądnym. Czy, na przykład, weszłabym na wieżowiec? Nie, nie weszłabym, bo jaki to ma sens?

 

– Myśli pani o Noblu?

 

– To byłoby nieskromne. Po pierwsze, jest to nominacja, po drugie, komuś musi na tym zależeć, po trzecie jest w tym dużo polityki, po czwarte nawet w przypadku wybitnych polskich naukowców takich, jak, na przykład, profesor Hilary Koprowski, który wynalazł szczepionkę przeciwko polio, nie było nominacji do nagrody Nobla . Zatem o Noblu nie myślę. Natomiast miałam przyjemność w miarę dobrze poznać dwoje noblistów. Pierwsza osoba to Rita Levi-Montalcini, Włoszka, która odkryła nerve growth  factor, czyli czynnik  odpowiadający za wzrost i regenerację nerwów. Miała już wtedy dziewięćdziesiąt trzy lata, a jeszcze dawała wykład. Potem było małe spotkanie, kolacja – to było fantastyczne. Nie miała rodziny, całe życie poświęciła nauce. Drugim noblistą, z którym miałam przyjemność widzieć się wielokrotnie, był profesor Joseph Murray, który otrzymał Nagrodę Nobla w 1954 roku za pierwszy przeszczep nerek. Profesor był bardzo zainteresowany moimi badaniami, między innymi terapią komórek chimerycznych, a także samą transplantacją twarzy. Zmarł niedawno, też w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat. To już coś, prawda, znaleźć się tak blisko Nobla?

 

– Jest pani też kobietą biznesu, można powiedzieć. Zakładała pani startupy, dzięki którym wprowadzała nowe terapie.

 

– Po co wykonywać te wszystkie badania, jeżeli mają zostać w publikacjach czy na półkach w książkach? Naszym najważniejszym celem jako lekarzy jest, zgodnie z przysięgą Hipokratesa, „po pierwsze nie szkodzić”. Jeśli się nie szkodzi, pomaga i ma zainteresowania naukowe, jeśli tworzy się nowe terapie i ma możliwości wprowadzać je do kliniki, by poprawić jakość życia pacjentów – to jest to najlepsze, co może być udziałem lekarza-naukowca.

 

– Chciałabym zapytać o sprawy polskie. Nas, pokolenie mocy, power generation, łączy między innymi to, że młodość przeżywaliśmy w PRL, za komuny, a teraz żyjemy w rzeczywistości wolnorynkowej. Czy, według pani, jakoś to nas ukształtowało?

 

– Pomimo wad i braków tamtej Polski, nigdy się w niej nie czułam źle. Co prawda cierpieliśmy z powodu braku wolności, tego, że nie można było wyjechać za granicę dalej niż do NRD czy Bułgarii. Było dużo innych ograniczeń, ale myślę, że to nas wzmocniło. Wiedzieliśmy, że istnieje inny świat i że trzeba robić wszystko, żeby pokonać to, co wtedy zdawało się nie do pokonania. Jako pokolenie byliśmy mentalnie, intelektualnie przygotowani do walki z niesprawiedliwościami.

 

– Czy jest coś, czego się pani obawia?

 

– Obawiam się tego, jak ten czas nieprzewidywalnej i dewastującej pandemii wpłynie na młode pokolenie. Bo widzę, jak bardzo cierpi z powodu braku możliwości chodzenia do szkoły, jak to je frustruje. Całe pokolenie, na całym świecie, od dzieci w przedszkolu po studentów, praktycznie zostało pozbawione kontaktu z drugim człowiekiem. Obawiam się, jakie to będzie miało implikacje na następne pokolenia, i że będą one nieodwracalne. Widzę u mojego wnuka Alexa, że on ma jakby dwa życia: jedno w komputerze, a drugie po jego wyłączeniu.

 

– Ile czasu potrwa pandemia?

 

– Nie chciałabym się wypowiadać, bo wielu ekspertów w tej dziedzinie to robi. Jednak nawet ich przewidywania mijają się z rzeczywistością. Mówię to z przykrością i lękiem, bo to jest wirus, nad którym nikt nie ma kontroli. Nikt nie wie, jak on się zachowa w przyszłości i jakie będą tego konsekwencje. W ciągu kilku miesięcy całkiem zmienił nam świat.

 

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

Julian Gozdowski – król Polany Jakuszyckiej

Człowiek legenda. Biegowi Piastów w Jakuszycach poświęcił życie. Osiemdziesięciolatek jest wzorem i inspiracją dla pokoleń sportowców.

„Najsłynniejsi ludzie śniegu? Yeti i Julian Gozdowski”, tak napisała o nim Gazeta Wrocławska. Podczas gdy Yeti jest zagadką, Juliana Gozdowskiego znają miliony. Dziś osiemdziesięciosześcioletni legendarny twórca słynnej na cały świat imprezy narciarskiej Bieg Piastów, komandor Biegu, prezes Stowarzyszenia Bieg Piastów, dobry duch Polany Jakuszyckiej czyli biegowego centrum świata koło Szklarskiej Poręby, jeszcze niedawno był aktywny. Przez całe swoje pracowite życie organizował, doradzał i załatwiał to, czego nikt inny nie potrafił.

Urodzony w1935 roku w Czortkowie (dziś Ukraina), o nartach zaczął marzyć już jako siedmiolatek. Tak wspomina dzieciństwo: „Z okna mojego domu na zielonym Podolu miałem widok na Górę Jurczyńskiego. Lubiłem się jej przyglądać, wiosną, latem, jesienią, ale tak naprawdę fascynowała mnie zimą. Cała w bieli, jej ogrom (oczywiście tylko moje małe oczy tak ją widziały) sprawiał, że stale marzyłem, aby z niej zjechać na nartach. Moje sny zaczęły się spełniać, gdy osiągnąłem wiek szkolny. Trwała wówczas straszliwa wojna, w której zaginął gdzieś w świecie mój ojciec. Właśnie podczas wojennego kataklizmu zrealizowałem swoje marzenie. Był rok 1943, Niemcy w panice wycofywali się ze wschodu po klęsce pod Stalingradem. Jeden z żołnierzy Wehrmachtu zgubił nartę. Ukryłem ją jak drogocenny skarb i, gdy wkroczyli Rosjanie, zjechałem na tej jednej narcie z Góry Jurczyńskiego! Trochę na niej potem szalałem, z dużo niższej Wygnanki zjechałem kilka razy.”

Przed wojną ojciec Juliana pracował w starostwie powiatowym, a mama zajmowała się domem. W 1945 roku rodzina stanęła przed wyborem: obywatelstwo Związku Radzieckiego albo przesiedlenie. Cała rodzina głosowała, łącznie z Julkiem. Jednogłośnie wybrali wyjazd do Polski. W wagonie towarowym przyjechali na Dolny Śląsk, do Sobieszowa. Po wojnie Julek długimi miesiącami nie widział ojca. Senior Gozdowski trafił do armii generała Andersa, walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. W 1945 roku miał wypadek samochodowy, złamał mostek i żebra. Wtedy był to bardzo poważny uraz. Pan Gozdowski dwa lata leczył się w Szkocji, zanim wrócił do swoich.

Julek zawsze był ambitny. Biegał po okolicy na nartach z MKS Karkonosze Jelenia Góra i, choć chorowity, marzył o medalu olimpijskim. Zapalenie płuc sprawiło, że musiał z niego zrezygnować, jednak ze studiów w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego we Wrocławiu (obecnie AWF) rezygnować nie zamierzał. Obowiązywał wtedy nakaz pracy. Julian odpracował trzy lata i na studia zdał. Po dyplomie został kierownikiem sekcji narciarskiej na uczelni i nauczycielem wychowania fizycznego w szkole. Dopiero w latach sześćdziesiątych odszedł ze szkolnictwa i objął kierownictwo Wydziału Kultury Fizycznej Urzędu Wojewódzkiego w Jeleniej Górze.

Nie był pierwszy w Jakuszycach, przyznaje. Przed nim pojawił się tam Jerzy Lechowicz, następnie Walter Judka, Bogdan Henśl, Tadeusz Jankowski i Włodzimierz Paszkiewicz. Biegały tam też takie sławy jak Bronisław Haczkiewicz czy Zbigniew Lipiński. Po wojnie, aby dostać się na Polanę Jakuszycką, trzeba było mieć przepustkę Wojsk Ochrony Pogranicza. Południowe rubieże Polski nie były w tym czasie bezpieczne. Po ustaleniu granic Czesi czuli się skrzywdzeni, dochodziło do groźnych incydentów, niejeden raz słychać było strzały.

Julian Gozdowski tak wspomina czas, kiedy był trenerem: „Serce mnie bolało na widok moich podopiecznych, a także innych biegaczy. Byli bardzo biednymi krewnymi alpejczyków. Nie mieli ładnych strojów, butów, ręce mieli zawsze brudne od prymitywnych smarów, bez których biegać się nie dało. Zjazdowcy swoje „cywilne” ubrania zostawiali w szatniach, biegacze wieszali na drzewach albo rzucali, gdzie popadło. Przysiągłem sobie to zmienić.” Początki były jednak trudne. Udało mu się jakoś namówić leśników, żeby pozwolili na ociosywanie odrostów świerków, by można było na nich wieszać ubrania. Zapał Juliana przekonał ich, że warto od czasu do czasu posłuchać tego szalonego z pozoru człowieka. Sam zresztą też chwytał siekierę i pomagał drwalom.

Jakuszyce to miejsce wyjątkowe. Mają mikroklimat, którego zalety poznali jeszcze Niemcy w latach 30., gdy przygotowywali się do berlińskich igrzysk. Teren jest doskonale wentylowany, bo na przełęczy hulają wiatry o korzystnej dla ludzi wilgotności. Sezon trwa tu niemal do maja. Julian Gozdowski mówi: „Świerki rosły tam w przedziwny sposób, ich korzenie rozchodziły się w ziemi płytko i bardzo szeroko. Silne wiatry przewracały je bez trudu, aż wreszcie na początku lat 70. doszło do katastrofy. Powalone zostały setki hektarów lasów. Trzeba było to uprzątnąć. Przyznaję, katastrofa pomogła nam przy zmianach w miejscu, w którym od pewnego czasu organizowano coraz poważniejsze krajowe zawody, z mistrzostwami włącznie. Ale mnie marzył się wielki, masowy bieg narciarski. Śledziłem relacje z Biegu Wazów w Szwecji i podobnych imprez w Europie. Zazdrościłem Czechom Jizerskiej Padesatki, rozgrywanej dwa kroki od Jakuszyc. Zgłosiłem propozycję, ale opór lokalnej władzy był silny. Cóż w jej hierarchii znaczył kierownik wydziału sportu?” Dwa lata zabiegów poszły na marne. Na szczęście urokami miejsca oraz ideą biegu udało się zainteresować telewizję. Wtedy władze natychmiast zmieniły zadanie. I tak 1976 roku odbył się pierwszy Bieg Piastów. Co prawda Jakuszyce były dość luźno związane ze śląskimi Piastami, ale nazwa była nośna. Gozdowskiemu marzyła się rozbudowa infrastruktury na Polanie, większa liczba startujących, z niczego nie chciał rezygnować, problemów przybywało. W końcu sytuacja stała się tak nieznośna, że władze miasta pozbyły się imprezy, a z nią kłopotów. Gozdowski jednak nie poddał się. Stworzył Stowarzyszenie Bieg Piastów, które przejęło markę, organizację, a gdy tylko zmieniły się uwarunkowania polityczno-ekonomiczne, także Polanę. Nie było łatwo, rzucano im kłody pod nogi, jednak „ukochane dziecko” Gozdowskiego zdobyło sobie tylu przyjaciół, że można było walczyć, wydeptywać ścieżki do urzędników.

 W pierwszym Biegu wystartowało 513 osób, głównie dzieci z okolicy. Julian Gozdowski oczywiście też. Później już tylko szefował, bo niełatwo było łączyć role zawodnika i komandora Biegu. W 1995 roku Bieg Piastów został włączony do prestiżowej Europejskiej Ligi Biegów Długodystansowych „Euroloppet”, a w 2009  do Światowej Ligi Biegów Długodystansowych „Worldloppet”. W tym samym roku przyznano Biegowi nagrodę dla najlepszej imprezy masowej w ramach plebiscytu Przeglądu Sportowego. Historyczny okazał się też rok 2012. Rozegrane zostały wtedy na Polanie biegi Pucharu Świata. „Mamy działalność całoroczną i trasy z homologacją światową”, mówi Gozdowski. „Zimą się szusuje, latem jeździ na rowerach. Dla mnie najistotniejsze jest, by jak najwięcej Dolnoślązaków biegało w Piastach.”

Bieg odbywa się nieprzerwanie od czterdziestu pięciu lat. Dziś bierze w nim udział około pięciu tysięcy uczestników. Od maluchów do tych najbardziej doświadczonych. Koronny dystans to pięćdziesiąt kilometrów. W rodzinie Gozdowskich nie ma takich, co nie biegają. Biegała żona Anna, onegdaj uczennica pana Juliana (młodsza o dziewięć lat), biegają córki Elwira i Gosia, a także chodzą już wnuki: Agnieszka, Magda i Wiktor. Nawet przy świątecznym stole rozmowa toczy się wokół biegu. „Gdyby nie Julian, nie byłoby narciarstwa na Polanie”, zapewnia Ryszard Witke, były skoczek narciarski z Karpacza, olimpijczyk z Innsbrucku (1964) i Grenoble (1968).

Julian Gozdowski jest Kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Krzyża Komandorskiego tego orderu. Jest też Honorowym Członkiem Polskiego Związku Narciarskiego. Dopiero kilka lat temu zrezygnował ze swoich funkcji ze względu na zdrowie.

„Przeszedłem długą drogę: od Tarnopolszczyzny do Gór Izerskich, od nauczyciela szkoły podstawowej do komandora Biegu Piastów. Wiła się, miała trudne do pokonania zakręty, wymagała wysiłku, ale warto było nią przejść…”, mówi król Polany Jakuszyckiej.

Autorka: Joanna Pogorzelska

Siła pasji…

Zaczęło się na Pradze w Warszawie, na kortach Olszynki Grochowskiej. Chodziłem do parku grać w piłkę i przy okazji podglądałem tenisistów. Podobała mi się ta gra, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Kiedyś na strychu w starych szpargałach znalazłem drewnianą rakietę do tenisa i jeszcze tego samego dnia pobiegłem na ściankę. Radość nie trwała długo, po kilku odbiciach piłka przeleciała przez naciąg. Szybko nauczyłem się naciągać rakietę przy pomocy wałka i szpikulców. Odwrotu już nie było, tenis stał się pasją mojego życia. Rodzice nie mieli pieniędzy na trenera, więc godzinami obijałem ścianę sali gimnastycznej, potem były pierwsze mecze na osiedlowym asfaltowym korcie. Grałem fatalny tenis, ale skuteczny, godziny ćwiczeń zrobiły swoje i zacząłem wygrywać osiedlowe potyczki.

Kolejny przełom nastąpił na studiach. W mojej grupie trafiłem na kumpla świetnego technicznie. Toczyliśmy zawzięte boje, technika przeciw regularnym dziwolągom. Udawało się wygrywać, ale czułem, że mój tenis to dramat. Byłem w kropce, grałem skutecznie, regularnie, więc głupio było brać trenera, a i z kasą nie było za ciekawie. Obłożyłem się książkami, zdobyłem kasetę z lekcjami Fibaka. Zacząłem wszystko jeszcze raz, przez dwa lata przegrywałem z byle "pykaczami", ale opłaciło się, znów zacząłem grać skutecznie. Na tenis klubowy było już niestety za późno, zostały amatorskie mistrzostwa Warszawy, turnieje na Olszynce Grochowskiej. Potem żona, dzieci, własna firma, kariera inżyniera w korporacji.

Kolejny przełom, to kiedy zrozumiałem, że to nie mój świat. Rozpocząłem kurs instruktora tenisa, szybko zorganizowałem pierwszą szkółkę i tak się zaczęła przygoda trenerska. W tym czasie rozwiodłem się i poznałem dziewczynę z Mrągowa. Mrągowo - czemu nie, pojechałem. Przez pierwsze dni szwendałem się zaglądając w każdy kąt, gdzie tu grać, gdzie trenować. Chciałem zbudować tam własne korty. Było blisko, jednak przegrałem przetarg na dzierżawę terenu. Wpadł mi do głowy pomysł wprowadzenia tenisa do Szkoły Mistrzostwa Sportowego "Baza Mrągowo". To sławna w Polsce szkoła dla żeglarzy, kajakarzy, deskarzy. Trenowali głównie na wodzie, sala i boiska stały puste. Szybko udało się przekonać panią dyrektor do nowej sekcji. Starostwo też się zgodziło, a ja stanąłem przed nowym wyzwaniem. Żeby pracować w SMS (Szkoła Mistrzostwa Sportowego), musiałem skończyć pedagogikę. To musiało potrwać, ale w rok zrobiłem dwa lata. W tym czasie prowadziłem darmowe zajęcia z tenisa i siatkówki. Na ostatnim roku studiów już miałem etat trenera w SMS. Zaczęła się ciężka praca, pierwszy trening 6.50 rano, drugi po zajęciach, dodatkowo praca z dziećmi w podstawówkach. Miałem zielone światło, wsparcie burmistrzowej, wsparcie starosty, darmowy dostęp do obiektów. Po czterech latach byliśmy mocni w województwie, a w szkółce ćwiczyło z pięćdziesięcioro dzieci. Startowaliśmy gdzie się dało, talentiady, mistrzostwa województwa, turnieje tenis10, amatorskie, WTK, OTK. Mrągowo pojawiło się na mapie tenisowej Polski. Zawodnicy pięli się na listach rankingowych PZT.

Sen o potędze skończył się przez politykę. Przyszła nowa pani dyrektor, tak z teczki. Wymyśliła, że jeśli może być tenis, to może być i piłka nożna czy koszykówka. Nie mieliśmy szans się utrzymać - zawodnicy potrzebowali indywidualnych treningów, a piłkarze trenowali całym zespołem. Etat to osiemnaście godzin, w tym wyjazdy na zawody. Mogłem albo pracować z zawodnikami, albo robić nabory do szkolenia początkowego, oba konieczne z uwagi na płynność nowych roczników i  utrzymanie frekwencji w klasach szkolnych. Bez wsparcia musiałem rozwiązać sekcję. Po czterech latach panią dyrektor z hukiem wyrzucono, ale sekcji nie udało się odbudować. Zawodnicy próbowali jeszcze sił w Olsztynie, ale dojazdy sześćdziesiąt kilometrów wielu zniechęciły. Kilku zawodników zastało trenerami, niektórzy kontynuowali treningi. Moda na tenis w Mrągowie została, powstały korty zewnętrzne i kryte, pojawili się nowi trenerzy.

Dla mnie był to czas na nowe wyzwania. Związałem się z klubem Budowlani Olsztyn, podjąłem pracę w zarządzie WMZT, jestem delegatem PZT z ramienia związku oraz zdobyłem kwalifikacje sędziego. Organizowałem i sędziowałem wiele turniejów, tak amatorskich, branżowych (zakładów mięsnych, lekarzy, dziennikarzy, Wama Ladies Open, aktorów, itp), jak i PZT w kategoriach młodzieżowych.

Obecnie w czasach pandemii chciałbym dzielić się swoim doświadczeniem przez internet. Pracuję nad internetową akademią tenisa.

Tomasz Warowny

trener tenisa, naczelny sędzia regionalny PZT, działacz