Andrzej Zalewski – bohater codzienności

Nie każdy może wejść na Everest, jak Krzysztof Wielicki. Jednak każdy może wyznaczać sobie własne Everesty i bić rekordy. Andrzej Zalewski, wybitny biegacz amator, był po pięćdziesiątce, kiedy wykryto u niego nowotwór. Jak mówi, przeszło to obok niego. „Mam, no i co?”, pomyślał. Biegał w szpitalu z kroplówką.

– W twoim życiu zawsze obecny był sport.

– Tak. W młodości długo grałem w piłkę nożną. Przestałem, kiedy naderwałem więzadło. Prowadziłem wtedy stację CPN. Pewnego dnia przyszedł tam mój kolega. Był szczupły, wysportowany, a ja – osiemdziesiąt pięć kilo – obrośnięty tłuszczem, już mi było ciężko chodzić po schodach. Kolega wspomniał, że biega. Zaimponował mi. Tak się zaczęło. Jak to się mówi, wkręciłem się w to bieganie. A z piłką nożną było tak, że syn grał w klubie „Błyskawica” w Warszawie. Wożąc syna na treningi zaprzyjaźniłem się z innymi ojcami i też zaczęliśmy grać, w jednej drużynie z synami. Graliśmy w hali. Dobrze nam szło: zdobyliśmy, między innymi, puchar Warszawy i pierwsze miejsce w Lidze Pragi. Szczególnie miło wspominam Tomka Warownego, który był zawodnikiem, naszym trenerem, taktykiem i motywatorem. Miał przydomek „Mourinho”. Obecnie jest fantastycznym profesjonalnym trenerem tenisa ziemnego i szkoli dzieci. Ja byłem kierownikiem drużyny. Jednak kontuzja wyeliminowała mnie z gry.

11 listopada 2013 roku pierwszy raz wystartowałem w biegu. Oczywiście wcześniej się przygotowywałem. Poznałem świetnego trenera, pana Jerzego Skarżyńskiego. Pojechałem z nim na obóz, zaprzyjaźniliśmy się i wziął mnie pod swoje skrzydła. Kupiłem jego książkę. To jest jedyny trener, jakiego znam, który biega i opisuje to, co robi. Ostatnio brałem udział w Biegu Sześciu Szczytów w Warszawie. Trzydzieści kilometrów. Teraz biegi są wirtualne, to znaczy biegnie się naprawdę, ale samemu, nie w grupie. Nie poszło mi tym razem dobrze, wysiadła mi aplikacja do biegu.

– Twoje życie dzieli się na okres przed chorobą i po.

– Tak. Choć cały czas byłem aktywny. Przed nowotworem przez dziesięć lat prowadziłem stację benzynową. Może stres był przyczyną choroby? Trudno powiedzieć. Przez całe życie nie piłem, nie paliłem, a jednak zachorowałem. Rak migdałka i węzłów chłonnych. Do tej pory mam założoną rurkę do odżywiania, bo mam problemy z przełykaniem. Jednak staram się jeść. Muszę często pić, bo bardzo mi się wysusza jama ustna. Wszystko mam wypalone przez leczenie. Nawet kiedy byłem w szpitalu, nie dopuszczałem do siebie myśli, że mam nowotwór. Nie mogłem wytrzymać na sali. Kiedy patrzyłem na chorych ludzi, wychodziłem. Pewnego dnia znalazłem pomieszczenie do zabiegów fizjoterapeutycznych. Była tam bieżnia. Zapytałem, czy mogę korzystać. Mogłem. I nawet kiedy miałem chemię, biegałem z kroplówką podpiętą do żyły. Zawsze byłem nastawiony do życia optymistycznie i nawet nowotwór tego nie zmienił. Dzięki aktywności udało mi się szybciej pokonać chorobę. W szpitalu spędziłem półtora miesiąca. Przez pierwsze dwa miesiące po wyjściu wstawałem w nocy po kilka razy. W zasadzie spałem w kucki, tak mnie wszystko bolało. Nawet teraz całej nocy nie prześpię. Co półtorej godziny muszę nawilżyć wysuszone usta.

– Choroba to był rok 2018?

–  Tak, dowiedziałem się w grudniu 2018 roku. Wcześniej jeszcze spełniłem swoje marzenie – 11 listopada przebiegłem sto kilometrów na stulecie niepodległości Polski. Przygotowywałem się do tego solidnie, biegałem po kilkadziesiąt kilometrów nie wiedząc, że mam nowotwór. W czerwcu pojechałem na Rzeźniczka – dwadzieścia osiem kilometrów. Myślałem, że jak pobiegnę w cztery godziny, będzie super. Pobiegłem w trzy dwadzieścia. I wygrałem w kategorii M60. W styczniu 2019 roku wyszedłem ze szpitala,  a od marca znów biegałem.

– Podczas Biegu Niepodległości biegnie się sto kilometrów bez przerwy?

– Tak, na AWF-ie. Biega się wokół pętli. Biegłem dwanaście godzin. Można było mieć swój stolik. Przy moim siedziała moja żona. Na siedemdziesiątym kilometrze miałem kryzys, glikol się wyczerpał. Podbiegłem do żony, usiadłem, napiłem się, coś zjadłem, nabrałem wigoru i dobiegłem do końca. Był tam też  Jurek Skarżyński. Powiedział: Andrzej, schodź. Ale zawziąłem się.

– Podziwiam twoją siłę woli i zwycięstwa.

– Nie chciałbym się chwalić, ale dużo imprez wygrałem. Oczywiście w kategoriach 50+ i 60+. Trochę medali w piwnicy leży. W latach 2018 i 2019 wygrałem, między innymi, Bieg im. Piotra Nurowskiego w Konstancinie, półmaraton w Warszawie, biegi na dziesięć kilometrów w Grójcu i w Legionowie. W wielu zajmowałem drugie i trzecie miejsca. W tym roku w czerwcu ma się odbyć bieg w Szczawnicy, będzie też Bieg Rzeźniczka – na tych imprezach nie biega się tylko po płaskim, ale też po górach. W zeszłym roku pobiegłem jedenaście i dwadzieścia osiem kilometrów. W tym roku zaplanowałem sobie, że pobiegnę jedenaście, dwadzieścia osiem, a potem pięćdziesiąt trzy kilometry.

– Nazwa Rzeźniczek nawiązuje do stopnia trudności biegu?

– Tak. Rzeźnik to jest osiemdziesiąt kilometrów po górach. Niby pod górę się podchodzi, ale z góry trzeba zbiegać. Natomiast podczas Rzeźniczka wiozą nas kolejką i później mamy dwadzieścia osiem kilometrów do przebiegnięcia. Trzy, cztery godziny trzeba naprawdę zasuwać.

– Biegasz codziennie, żeby utrzymać formę?

– Pięć razy w tygodniu. Teraz zapisałem się na Puchar Maratonu. To są biegi: pięć kilometrów, po miesiącu dziesięć, za kolejny miesiąc piętnaście, potem dwadzieścia i dwadzieścia pięć kilometrów – takie stopniowe przygotowanie do jesiennego maratonu. Tu też pomaga aplikacja: po biegu wynik automatycznie pojawia się na stronie Maratonu.

– Co się czuje, co myśli, kiedy biegnie się sto kilometrów?

– Niektórych przeraża takie bieganie w kółko. Ja trenuję w Parku Skaryszewskim w Warszawie. Jest tam taka pętelka – kilometr osiemset metrów. Tam sobie biegam, przyzwyczaiłem się. We wtorki i w środy biegam piętnaście, szesnaście kilometrów, staram się trzymać tempo pięć minut na kilometr czyli w rytmie WB1; w czwartek mam wycieczkę biegową – od dziewiętnastu do trzydziestu kilometrów, w soboty też szesnaście kilometrów rytmem WB1, a później „siła biegowa”: biegnie się pod górkę, robi się tak zwane skipy, to znaczy podnosi się nogi wysoko do góry i biegnie tak dziesięć razy po sto pięćdziesiąt metrów. W niedzielę mam szybkie bieganie, to jest w rytmie WB2 – szesnaście do dwudziestu kilometrów, cztery minuty dwadzieścia sekund na kilometr. Sześć, siedem minut odpoczynku i trzy minutowe mocne biegi. Szybki bieg minutę, trzy minuty przerwy i znów szybki bieg, tak, żeby aż się zrobiło niedobrze.

– Lubisz się tak umęczyć do cna.

– Człowiek inaczej wtedy funkcjonuje, aż się żyć chce. Choć teraz, wstyd się przyznać, jestem na rencie. Po wyjściu ze szpitala co trzy tygodnie miałem wlewy. To nowa technologia, która ma odbudować organizm i zablokować namnażanie się komórek rakowych. Teraz co dwa i pół miesiąca jeżdżę na tomografię z kontrastem.

– Czym jest dla ciebie sport?

– Sposobem na życie. I, co ważne, w ten sposób daję przykład wnukom. Swego czasu zabrałem trójkę z pięciorga moich wnucząt do Kazimierza Dolnego na bieg. Dziadek zajął drugie miejsce na dziesięć kilometrów, wnuk Sebastian – trzecie w swojej kategorii, i wnuczka Monika także trzecie miejsce. Dwóch moich wnuków startuje też w biegach „parkrun” w Warszawie. Na całym świecie, w różnych miastach w sobotę o dziewiątej rano ludzie biegną pięć kilometrów. W Polsce odbywa się to między innymi w Lublinie, Gdańsku, Warszawie i wielu innych miejscach.

– To jest fajny czas w życiu, kiedy możemy cieszyć się wnukami.

– Tak. I dać przykład. Ja dużo rozmawiam z wnukami. Inspiruję ich, żeby stawiali sobie cele, żeby mieli marzenia i się nie poddawali, że można wszystko.

– W końcu należymy do pokolenia mocy. Jesteśmy silni i kochamy życie. To, co nas łączy, to młodość w PRL-u. Jak wspominasz tamten czas?

– Zawsze miałem głowę pełną marzeń. Moje pierwsze miejsce pracy to były Wojskowe Zakłady Elektroniczne w Zielonce, a potem pracowałem w Mazowieckim Przedsiębiorstwie Ceramiki Budowlanej, jako elektryk. Jeździliśmy remontować cegielnie. Było wesoło, trochę alkoholu, fajnie było… I oczywiście grałem w piłkę. W cegielni założyliśmy klub piłkarski. Zawsze też szukałem czegoś nowego. Od 1984 roku pracowałem na stacji CPN.

– Kiedy przyszedł rok 1989, zmiany polityczne i społeczne – jak się wtedy czułeś?

– Marzyłem, żeby mieć własną stację benzynową. I wreszcie stało się to możliwe. PRL można porównać do wielkiego stawu, w którym wszyscy pływaliśmy. Z końcem Polski Ludowej wodę ze stawu spuszczono i było „ratuj się kto może”. Daliśmy radę. Żona założyła działalność  gospodarczą i miała stoisko w Kupieckim Domu Towarowym, a ja byłem ajentem stacji w Wołominie. To był czas kiedy spałem po trzy, cztery godziny na dobę. Pracowaliśmy wtedy 24/24, na dwie zmiany. Pewnego dnia jechałem do domu i nagle zdałem sobie sprawę, że jadę w kierunku innym niż chcę. Ze zmęczenia. Pomyślałem, że muszę coś zmienić, bo nie wytrzymam. Jednak dziękowałem Bogu, że PRL się skończył. Człowiek mógł w końcu sam o sobie decydować. Choć stres był. Jak się prowadziło własną działalność, to ludzie myśleli, że się oszukuje, że jak badylarz, to kręci. Ja tak nie myślałem. Spotkałem na swojej drodze różnych ludzi, w tym wielu zamożnych, uczciwych, którzy jeszcze pomagali innym.

– Jednym słowem, wykorzystałeś szansę transformacji.

– Zawsze umiałem się ustawić. I wtedy i teraz rozglądam się. Niedawno zacząłem współpracować z firmą Biomol. Na podstawie analizy włosa określa się stan odżywienia organizmu i na tej podstawie przygotowuje się indywidualny program żywieniowy dla klienta. Bardzo się w to zaangażowałem. Wiąże się to z tym, że muszę dbać o zdrowie. Biorę kwasy omega, witaminę D, czosnek z lukrecją, specjalną białkową odżywkę i wiele innych suplementów, które należy przyjmować o odpowiednich porach. Podchodzę do swojego zdrowia fachowo. Jeśli chce się mieć rezultaty, to tak trzeba. I mam cel: zostać milionerem. Harland Sanders, kiedy zakładał KFC, miał sześćdziesiąt cztery lata, czyli był w moim wieku. Zatem najwyższa pora. On stworzył to imperium z niczego. Ciekawa biografia. Lubię czytać biografie. Interesuje mnie sposób myślenia ludzi, o których czytam. A wieczorem analizuję swój dzień. Rozważam, co zrobiłem dobrze, a co źle.

– Codziennie?

– Tak. I wyznaczam sobie kolejne cele.

– Jaki był najtrudniejszy moment w twoim życiu?

– Nie miałem takiego momentu, naprawdę. Nawet kiedy dowiedziałem się o nowotworze, przeszło to jakby obok mnie. Mam, no i co? Nie wiem, czy w ogóle byłem chory. (śmiech) Oczywiście żartuję, swoje przeszedłem. Miałem trzydzieści naświetlań. To potwornie wyniszcza, i złe i dobre komórki. Kiedy wyszedłem ze szpitala, ważyłem 55 kilogramów. Nie mogłem jeść ani pić. Żona robiła mi przeciery, rosołki, dbała o mnie bardzo. Żonę mam kochaną, najwspanialszą na świecie, dziękuję Bogu, że ją mam. Mimo, że pracowała, to codziennie była u mnie w szpitalu. Podtrzymywała na duchu mnie, a jak innych pacjentów. Z jednym do dziś jestem w kontakcie, przyjaźnimy się.

– Jak dziś patrzysz na świat? Co cię w nim denerwuje, przeszkadza?

– Nic mnie nie denerwuje. Zawsze szukam pozytywów. Kiedy dzieje się coś złego, trzeba po prostu przez to przejść. Zawsze kochałem życie. Moim celem jest żyć sto czterdzieści lat i to w dobrej kondycji, na sportowo.

– Masz dzieci i, jak mówisz, starasz się być dla nich przykładem.

– Kiedy ich odwiedzam, to mówię, że bardzo ich kocham, jestem z nich dumny, ale chciałbym być dumniejszy. Ostatnio powiedziałem tak: „Słuchajcie, moje kochane wnuczki. Za szóstkę i piątkę płacę wam dwie dychy, za czwórkę  – dziesięć złotych, za trójkę, dwóję i jedynkę – wy oddajecie mi pieniądze.” Nie zgodzili się. Powiedzieli, że mnie nie stać.

– Wymagasz i od siebie i od bliskich.

– Tak, ale przede wszystkim chcę okazać im dużo miłości i pokazać, że życie jest dobre, pozytywne. I że zawsze jest dobry moment, by zacząć coś nowego. Przecież człowiek im starszy, tym głupszy. (śmiech)

– Jak zareagowałeś na koronawirusa?

– Podczas pierwszego lockdownu, kiedy nie można było wychodzić, codziennie biegałem wokół podwórka. Potrafiłem zrobić dwadzieścia kilometrów. Jak na spacerniaku w więzieniu. Ludzie mnie filmowali, byłem miejscową atrakcją.

– Czy ty w ogóle umiesz odpoczywać?

– Odpoczywam w biegu. Kiedy pracowałem na stacji, wstawałem o czwartej trzydzieści, biegłem do Parku Skaryszewskiego, a o ósmej czy dziewiątej byłem już w pracy. Po drodze jeszcze gimnastyka, a w domu gimnastyka siłowa. Zima czy lato, wiatr, czy mróz, ja – czapa, kurtka i na dwór.

– Czy jest coś, czego się obawiasz?

– Nie. Bo wiem, że zawsze coś na mnie czeka w przyszłości. I do niej zmierzam.

– Co jeszcze chciałbyś osiągnąć?

– Przede wszystkim chciałbym udowodnić swoim dzieciom i wnuczkom, że jeszcze mogę coś osiągnąć. Także finansowo. Dlatego też zaangażowałem się w ten biznes medyczny. Przyszłość to jest piękna sprawa.

– Patrzysz w jej stronę z ciekawością?

– Dokładnie tak. Siedzę tu z tobą, ale już myślę, co będzie potem.

– Nie rozpamiętujesz przeszłości?

– Z rozlanym mlekiem już nic nie zrobisz.

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz