“Nie ma celu, nie ma życia”: Krzysztof Wielicki, himalaista

Jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii himalaizmu. Piąty człowiek na świecie, który zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników – Koronę Himalajów. Obok Reinholda Messnera, Wojciecha Kurtyki i Jerzego Kukuczki uważany za najlepszego himalaistę naszych czasów. Jako pierwszy człowiek na świecie, wraz z Leszkiem Cichym, zimą 1980 roku zdobył najwyższy szczyt Ziemi Mount Everest. Również jako pierwszy wszedł na Lhotse – zimą, samotnie w gorsecie po uszkodzeniu kręgosłupa. Lista jego dokonań jest znacznie dłuższa. Wielokrotnie nagradzany, m.in. wyróżnieniem księżnej Asturii w dziedzinie sportu (2018) oraz Złotym Czekanem (2019), zwanym wspinaczkowym Oscarem.

Co u pana słychać? Sytuacja zdrowotna na Śląsku jest dramatyczna.

Wokół mnie wszystko dobrze. Jestem po drugim szczepieniu. Mieszkam na wsi na północy Śląska, w Jurze Częstochowskiej, tu wirus nie dochodzi.

Jak panu dni płyną?

Mam mnóstwo różnych zajęć, ale mogę je wykonywać gdzie i kiedy chcę, na luzie.

Jakie jest pana pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

O, mam mnóstwo wspomnień. Wychowałem się na wsi. Pamiętam, na przykład, dwie duże lipy, szerokie, rozłożyste. Rosły przy szkole, jedna na boisku, druga w ogródku. Tam mieszkaliśmy, ojciec był kierownikiem szkoły. Pamiętam bardzo dobrze werandę i dużo innych detali. Fajne miałem dzieciństwo, wiejskie, ale bez wiejskich obowiązków. Nie musiałem chodzić w pole, w związku z tym hulaj dusza, były zabawy, szałasy w lesie, latawce, ganianie za ptakami. Pamiętam, jak w 1960 roku podłączyli prąd. Było uroczyście, nawet ksiądz się zjawił. Za wsią stanął transformator. Kiedy ten prąd włączyli, to ludzie pobiegli do domów zobaczyć, jak żarówki świecą. Dziś to się wydaje niewiarygodne, ale pamiętam też lampy naftowe. Kiedyś, kiedy tu nas nie było prądu, powiedziałem do syna, że potrzebujemy lampę naftową. Za pytał: „Co?” Fajne mam wspomnienia z dzieciństwa. Tak było do trzynastego roku życia. Potem musiałem iść do Ostrzeszowa, do liceum. Mieszkałem na stancji.

Nie unikniemy tematu gór. Jest pan jednym z legendarnych Lodowych Wojowników.

Całe moje pokolenie himalaistów tak nazywano. 

Nie brakuje panu gór?

Wisły kijem nie zawrócimy. Nasze pokolenie, z naszą filozofią wspinania się, jest już passe, i trzeba się z tym pogodzić. Nie mówię, że dziś młodzi są lepsi czy gorsi – są inni. Wynika to nie tylko z ich charakterów, ale też z warunków zewnętrznych. Nas otaczała bieda, żyliśmy za żelazną kurtyną, gdzieś hen była Europa i chyba mieliśmy potrzebę udowodnienia, że Polak potrafi. Czuliśmy się niedoceniani. W naszym górskim środowisku nie wszyscy mogli wyjeżdżać za granicę. Patrzyliśmy też na góry jak na możliwość zapisania jakiejś historii. Naczytaliśmy się w książkach i magazynach górskich o tym, co robią koledzy z Anglii czy Francji i też chcieliśmy tego dotknąć. Większość z nas miała wyuczone zawody, ale trudno było się w nich wybić. Wszyscy mieliśmy to samo: M-2, czasem M-3, meblościankę, dwa fotele, pralkę franię, niektórzy mieli malucha. Trudno było o sukces. Ci, którzy mieli jakąś pasję, uciekali na morza, oceany, w góry, bo wiedzieli, że tam są większe szanse na realizację marzeń. A przecież wszystko zaczyna się od marzeń. Choć marzyć też było trudno. Kiedy przyszedł stan wojenny, to w marzeniach uciekaliśmy poza kraj, chcieliśmy być gdzieś dalej, daleko… Ciekawe, że w tamtym trudnym społecznie czasie mieliśmy największe osiągnięcia. To paradoks, bo przecież zwykle sport, sztuka, czy film, rozkwitają w bogatych społeczeństwach. A ta nasza Złota Dekada polskiego himalaizmu przypada na najtrudniejszy czas. W Polakach jest coś takiego, że jak mają wroga, albo pod górkę, to się lepiej spisują. Ale można walczyć nie tylko z czymś, ale i o coś, na przykład o pozycję. My, mówię tu o naszym górskim środowisku, zawsze mieliśmy coś do zrobienia. Cała Korona Himalajów, czyli wszystkie ośmiotysięczne szczyty zostały zdobyte między rokiem 1953 a 1964, ale nie było to udziałem Polaków. Szczęśliwie, w 1975 roku wyłączono alpinizm z turystyki i dołączono do dyscyplin sportowych, pod ministerstwo sportu. To była wielka sprawa, ponieważ zaczęliśmy podlegać zasadom i przepisom takim, jak dyscypliny sportowe. Pojawiły się ułatwienia. Kluby wysokogórskie natychmiast zaczęły to wykorzystywać. W związku z tym nasze wyniki się poprawiały, nadrabialiśmy zaległości. W klubach wysokogórskich spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, tam się marzyło, planowało… Zostawialiśmy wyuczone zawody, bo kiedy spędzało się sześć miesięcy w roku w górach, to nie dawało się tego łączyć z pracą zawodową. Żeby zarobić na wyprawy, pracowaliśmy razem na zleceniach wysokościowych. Przez prawie całe lata osiemdziesiąte, aż do przemian polityczno-społecznych w 1989 roku, tworzyliśmy grupę ludzi, którzy marzyli, wyjeżdżali i w ten sposób budowali pozycję polskiego himalaizmu. Był Wojtek Kurtyka, Jurek Kukuczka, była Wanda Rutkiewicz, i cała grupa innych. Tych wojowników było kilkudziesięciu. Po latach koledzy z Zachodu zaczęli się uczyć naszych nazwisk. Wcześniej stanowiliśmy dla nich jakąś tam grupę ze Wschodu, z za kurtyny. Kiedy nasze dokonania zaczęły być zauważalne w świecie, pojawił się szacunek. To Anglicy nadali nam ksywę Ice Warriors (Lodowi Wojownicy). Do dziś o Polakach mówi się warriors.

Zawsze chciał pan mieć coś przed sobą?

Tak. I zawsze mierzyliśmy wysoko. Z pasją jest tak, że jak się ją ma, to się z nią umiera. Ciągle chce się osiągać więcej i więcej. W alpinizmie klasycznym, co prawda, nie ma rywalizacji bezpośredniej, ale jest pośrednia. Kiedy usłyszeliśmy, że ktoś zrobił jakąś ścianę, to chcieliśmy znaleźć inną, lepszą drogę. W latach osiemdziesiątych to południowa, trzyipółkilometrowa ściana Lhotse była największym wyzwaniem. Oczy całego świata były na nią skierowane. Byłem tam trzy razy. Nie zdobyliśmy jej, Rosjanie to zrobili. Ale mierzyliśmy się, to jest ważne. Alpinizm to wspaniała szkoła solidarności, partnerstwa i walki. Nawet jeśli się nie udaje, to warto się mierzyć. Te wszystkie wyzwania przybliżały nas do cienkiej czerwonej linii między odwagą a szaleństwem. Ta linia istnieje, ale w mojej opinii ona nie jest taka cienka. Jest dosyć szeroka, można w niej dryfować, brylować i bywa, że człowiek nie wie, czy to jeszcze jest odwaga, czy już szaleństwo. To wszystko było powodowane chęcią przeżywania najsilniejszych emocji. Im bliżej tej linii, czy w tej linii, tym lepiej to smakowało. Można powiedzieć, że czasem minuta w sytuacji ekstremalnej może stanowić więcej niż przeżycia całego roku. Jeśli ktoś nie jest zachłanny na życie, na emocje, to w góry nie pojedzie. W tamtych czasach byliśmy zachłanni na życie w ogóle. Mieliśmy wszystko: i góry i rodziny… Tacy byliśmy. I było jeszcze „sprawdzam się” – szukanie swojego limitu. Człowiek chciał sobie coś udowodnić i zrobić to mimo, a może dla ryzyka. Bo alpinizm na ryzyku się zasadza. Ale trzeba też być szczęściarzem, ważny jest tak zwany luck. Mnie się udało. Do dziś jestem szczęściarzem. Mimo różnych dziwnych sytuacji, żyję. Bo błędy popełniamy wszyscy. Wanda Rutkiewicz, Jurek Kukuczka i inni, którzy zginęli, nie mieli szczęścia.

Powiedział pan: niebo mnie nie chciało, a piekło zignorowało.

Starałem się, ale nie wyszło.

Mówił pan też, że napędzało pana zobowiązanie wobec zespołu.

Alpinizm to zespoły. Ludzie ożywiają materię gór. Zawsze bardzo ceniłem to, że jesteśmy zespołem. Zanim pojechaliśmy w góry wysokie, dużo czasu spędzaliśmy razem w klubach. Przyjaźniliśmy się, mieliśmy stałych partnerów do wspinania, razem wisieliśmy na kominach. Człowiek wisiał na linie, a myślami był już na południowej Lhotse. Już wtedy dobieraliśmy się w grupy. Potem trzeba było przygotować wyprawę. Jeden załatwiał namioty, drugi konserwy, trzeci kurtki, a czwarty buty. Bardzo ważne jest też zaufanie. Pamiętam, na wyprawie na Everest, na którą pojechałem z rezerwy, tak się złożyło, że my z Leszkiem [Cichym – przyp. JP] poszliśmy na szczyt. Nie, żeby nam się udało, zapracowaliśmy na to. Jednak nigdy nie postrzegałem tego tak, że to ja wszedłem na Everest. Weszli Polacy. Przez wiele lat, gdyby pani zapytała kogokolwiek ze środowiska górskiego o to, kto pierwszy wszedł zimą na Mount Everest, nie padłyby nazwiska, tylko powiedziano by, że Polacy zdobyli ten szczyt. Kiedy zeszliśmy, jeden z kolegów niżej rozpłakał się. Nie z zazdrości. Z radości, że nam, jako zespołowi, się to udało. Wiedzieliśmy, że sukces zależy od nas wszystkich. Nie było tak zwanej jazdy na lidera, wyznaczania, kto zaatakuje.

Teraz jest jazda na lidera?

Ten sport zaczyna się personalizować. Uwaga jest zwrócona na jednostkę. Kiedyś artykuły w Taterniku miały, na przykład, takie tytuły: „Krakowianie weszli na …”, albo „Wrocławianie zdobyli…”. Gdyby dziś ktoś napisał, że krakowianie gdzieś weszli, nikt by tego nie opublikował. Musiałyby paść nazwiska, zawód, ile ma lat, kim jest żona, dzieci, kochanka… Wtedy, oczywiście, nie było takich środków przekazu jak dziś. Jechało się na wyprawę i przez dwa czy dwa i pół miesiąca nikt na dole nie wiedział, co się z nami dzieje. Dopiero po naszym powrocie pojawiała się w gazecie informacja, że przyjechaliśmy. Z tarczą albo na tarczy. Były tylko listy pisane z bazy do domu, i też nie zawsze docierały. A dziś nawet dziennikarze jeżdżą za wyprawami. To były inne czasy, ale cieszę się, że w takich czasach żyliśmy. Było bardzo ciekawie. Może też dlatego, że wtedy nie było tak łatwo i pewne rzeczy smakowały lepiej.

Mówią to wszyscy przedstawiciele pokolenia mocy.

Jak powiedział Goethe: „nie ma celu, nie ma życia”. Co prawda są ludzie, którzy tego nie potrzebują. Mogą sobie pracować ósma – siedemnasta do emerytury, i na wczasy do Łeby. Można i tak. Ale grupa, którą ja reprezentuję, żyła inaczej. Im trudniej, tym lepiej.

W domu zostawały rodziny…  Jest coś, co pan poświęcił dla gór?

Teraz, z perspektywy czasu, żałuję, że nie byłem z dziećmi, kiedy dorastały. Dziś dorosłe, wypominają mi to czasem, kiedy wtrącam się w ich życie. Słyszę wtedy: „Tata, a kiedy trzeba było mnie wychowywać, to gdzie byłeś?” Oczywiście w żartach. Mam bardzo dobre stosunki z dziećmi. Mam też młodszego syna. Kiedy z nim rozmawiam, widzę, ile wtedy traciłem, jak jesteśmy blisko siebie, jak on mnie potrzebuje, a ja jego. Może to też kwestia wieku, dojrzałości,  zupełnie inaczej widzę teraz ojcostwo. Na szczęście, dzięki żonie dzieci są wychowane dobrze.

Żadne z dzieci nie podziela pana pasji?

W zasadzie cieszę się z tego. Córki próbowały, ale szybko wybiłem im to z głowy. Syn trochę się wspinał, potem miał przerwę i wrócił w góry dopiero, kiedy osiągnął sukces w innej dziedzinie, kiedy już udowodnił, przede wszystkim sobie, że potrafi coś osiągnąć. Z tym, że wspina się for fun (dla zabawy), już nie musi pisać historii. Natomiast najmłodszy syn, zapytany kiedyś przez dziennikarzy, czy będzie się wspinał, powiedział, że góralstwa uprawiał nie będzie. Kopie piłkę.

Chodzi pan teraz po górach dla relaksu?

Niestety moja żona się wspina i trochę mam z tym problemów, jestem takim trochę hamulcowym, ale jeździmy.

Kiedy zaczynał się pan wspinać, miał pan jakiś wzorzec osobowy, idola?

Nie. I nie widziałem nigdy u nikogo z moich przyjaciół żadnego plakatu z Messnerem czy innymi bohaterami gór. Himalaiści mają bardzo rozbudowane ego, nie chcą podążać za kimś. Tak jak chłopcy wieszają sobie Ronaldo czy Lewandowskiego, tak w domu wspinającego się nie znajdzie pani żadnego zdjęcia idola. Każdy ma własną drogę. To jest dla naszego środowiska charakterystyczne.

Jednak myślę, że teraz pan jest idolem dla młodszych.

Oni mają szacunek do osiągnięć mojego pokolenia, ale nie chcą nas naśladować. Mówią: zrobiliście swoje, my zrobimy swoje. Myślę też, że oni nie mają tej potrzeby pisania historii, którą my mieliśmy. Dziś wspinanie jest bardziej for fun. Poza tym istnieje zapotrzebowanie na szybszy sukces. Mało kto może sobie pozwolić na półroczny pobyt w górach. No i młodzi nie wytyczają sobie kierunku, oni gonią za emocjami. Dziś wszystko jest stosunkowo łatwo dostępne. Każdy, kto w miarę dobrze zarabia, może sobie pozwolić na wspinanie, nurkowanie czy inne sporty. Więc szukają wrażeń. Ale historii nie piszą.

Co w dzisiejszym świecie najbardziej pana denerwuje, przeszkadza?

Coraz większy brak empatii. Wynika to może z tego, że poziom życia się podnosi. Z dzieciństwa pamiętam pojęcie „samopomoc chłopska” – rolnicy pomagali sobie przy żniwach, gromadzili się i pracowali razem. Dziś ludzie przechodzą obok skrzywdzonych… Myślałem nawet, że nasze dzieci powinno się wysłać gdzieś do Afryki czy Azji, żeby zobaczyły, jak tam życie wygląda. Tu ludzie mają wszystko i nie widzą drugiego człowieka. Dla nas było nie do pojęcia, żeby nie podzielić się kanapką przy ognisku. Tego mi dziś brakuje. Natomiast podoba mi się, że młodzi czują się Europejczykami, mogą poznawać innych ludzi. Nam w szkole mówiło się, że podróże kształcą. Powiedziałbym raczej, że podróże wzbogacają. Człowiek nabiera dystansu do świata, do problemów… Kiedy pierwszy raz wyjechałem za Zachód, do Francji, w 1972 roku, to bałem się odezwać, ze wstydu. Dziś młodzi często mówią z dumą, że są Polakami. To mi się bardzo podoba. Wydaje się, że Europa staje się dziś miejscem regionów, a nie państw, i to jest dobry kierunek. Nie trzeba się wstydzić, że  jest się, na przykład, ze Śląska.

Jest coś, czego pan się obawia?

Samotności. Nie starości. Samotności. Ja kocham ludzi. Muszę żyć dla kogoś.

Chce się pan czuć potrzebny?

Tak. Teraz, podczas pandemii, mamy jeszcze większą potrzebę kontaktu z ludźmi. Normalnie nasze życie to są spotkania, konferencje, festiwale, różne inne imprezy… Bardzo to sobie cenię, to jest ważne. Góry to lód i śnieg, ale tu ważni są ludzie.

Myśli pan o kolegach, którzy nie wrócili z gór?

Rozmawiamy o tym czasem. O naszych koleżankach i kolegach, którzy odeszli, opowiadamy anegdotami. Kiedy jestem z młodszymi kolegami to chętnie mówię o tych, których już nie ma nie po to, żeby powiedzieć, że ich znałem, tylko żeby przekazać, czego dokonali. Dawniej, kiedy media nie były tak rozwinięte, trudniej było przybliżać sylwetki, dlatego chętnie to robię. Trzeba przypominać to pokolenie Złotej Dekady. Bo to, co mi się nie podoba, co mnie smuci to fakt, że młodzi budują przyszłość bez patrzenia w przeszłość. Dotyczy to nie tylko wspinania. Przyszłość powinno się tworzyć znając przeszłość, trzeba się o coś oprzeć. I szanować osiągnięcia poprzedników.

W jaki sposób pan odpoczywa?

Ja nie wiem, co to jest odpoczynek. Przed chwilą wróciłem z ogrodu, bo wyrywałem trawę rekultywatorem. Żona śmieje się ze mnie, że jeżdżę pustymi taczkami, bo nie nadążam ich załadować. Kocham ogród. Nie sądziłem, że tak go pokocham. Mój ojciec też to uwielbiał, do końca życia pracował w ogrodzie. Teraz ojca rozumiem, przyszło mi to z wiekiem. Wiem, że można rozmawiać z drzewami, z kwiatami. Tylko to jest inny język, język natury.

Powiedział pan kiedyś: „Chcę mieć wszystko.” Ma pan wszystko?

Zależy, jak to rozumieć. Dobra materialne mnie za bardzo nie interesują. Samochód ma mieć cztery koła i jechać z punktu A do punktu B, i tyle. Ważne są dla mnie inne sprawy – przyjaźnie, spotkania, poznawanie ludzi. Czasem bywam mówcą motywacyjnym. Chcę przekazać swoje doświadczenie, a także budzić zapał, przekonywać, że w życiu nie należy być bezwładną molekułą, tylko trzeba świadomie przez nie przejść. Wciąż jestem zachłanny. Gdybym taki nie był, nie dotarłbym tu, gdzie jestem.

Rozmawiam z człowiekiem spełnionym?

Tak. I nic bym w życiu nie zmienił, mimo błędów.

 

 

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

9 kwietnia 2021

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz