Rozmowa z profesor Marią Siemionow – mikrochirurgiem, transplantologiem

Profesor Maria Siemionow

Mikrochirurg, transplantolog. Profesor Ortopedii na Uniwersytecie Illinois w Chicago w Stanach Zjednoczonych

Autorytet i sława medycznego świata.

W 2008 roku dokonała pierwszej w USA udanej operacji transplantacji twarzy. W wyniku dwudziestodwugodzinnej operacji ośmioosobowy zespół pod jej kierunkiem przeszczepił kobiecie będącej ofiarą postrzelenia około 80 procent powierzchni twarzy pochodzącej od zmarłej kobiety. Żaden z poprzednich przeszczepów nie obejmował tak rozległego obszaru twarzy. Przeszczep wymagał połączenia licznych kości, mięśni, nerwów i naczyń krwionośnych. Pacjentka odzyskała utraconą szczękę, podniebienie, górną wargę, policzki, nos i powiekę dolną. Znów mogła samodzielnie oddychać, mówić i jeść. Przygotowania do tego przedsięwzięcia trwały dwadzieścia lat. Niezwykle trudno było uzyskać zgodę komitetu bioetycznego. Zespół profesor Siemionow jako pierwszy na świecie otrzymał tę zgodę.

Profesor Siemionow jest autorką licznych prac naukowych publikowanych w prestiżowych pismach medycznych.

Lekarka, naukowiec i kobieta biznesu. Bada komórki chimeryczne, które być może zastąpią immunosupresanty, dotąd niezbędne po transplantacji, a niezwykle szkodliwe. Badania potwierdziły skuteczność komórek chimerycznych także w walce z dystrofią mięśniową Duchenne’a. Aby wprowadzić do klinik terapię komórkami chimerycznymi, profesor założyła biotechnologiczną spółkę Dystrogen. Technologia Dystrogenu jest uniwersalna i obejmuje większą grupę pacjentów z dystrofiami mięśniowymi niż rozwiązania proponowane przez innych badaczy. Komórki chimeryczne powstają poprzez pobranie odpowiednich elementów komórki dawcy i otoczenie ich komórką biorcy, tak by organizm rozpoznał ją jako swoją. Dzięki temu możliwa jest produkcja dystrofiny – białka, którego brak prowadzi do zaniku mięśni. Dystrogen nie jest pierwszym startupem założonym przez Marię Siemionow. Pracując w Cleveland Clinic profesor założyła wraz z partnerami firmę Tolera Therapeutics, która pracowała nad preparatem wspomagającym transplantacje.

W USA profesor Siemionow opracowała aż cztery terapie, które zostały objęte ochroną patentową, między innymi terapię regenerującą nerwy kończyn lub twarzy.

Za wybitne osiągnięcia w dziedzinie chirurgii plastycznej i za zasługi w pracy naukowej profesor Maria Siemionow została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Jest także Doktorem Honoris Causa macierzystej uczelni w Poznaniu, a także Honorowym Obywatelem Poznania oraz Krotoszyna, skąd pochodzi.

Otrzymała też Perłę Honorową Polskiej Gospodarki w kategorii nauka, przyznawaną przez redakcję Polish Market.

Zna pięć języków.

 

 

– Jaką dziewczynką Pani była?

 

– Energiczną. Zawsze miałam mnóstwo pomysłów. Na przykład w pierwszej klasie szkoły podstawowej upierałam się, że wygram Wyścig Pokoju. Młode pokolenie pewnie nie wie, co to było. To gigantyczna międzynarodowa impreza kolarska, wielki wyścig sportowców z „krajów demokracji ludowej” po tychże krajach. W tamtych czasach to było coś, czym wszyscy żyli. Zmagania peletonów, ucieczki liderów, kolejne etapy – w mediach nie było wtedy nic ważniejszego. Wiedziałam, że to jest coś fantastycznego, że wszyscy o tym mówią, i postanowiłam, że też kiedyś coś takiego zrobię. Omawiałam mój plan z koleżanką Basią, ale nie wierzyła. Może to w jakiś sposób określa moją osobowość.

 

– Szukała Pani wyzwań?

 

– Może nie szukałam, ale każde potencjalne wyzwanie było dla mnie po prostu sprawą do załatwienia. Nie widziałam problemów, nawet w trudnych sytuacjach, czy to w szkole, czy na studiach, czy później w życiu zawodowym. Jako młoda lekarka, jeszcze asystentka, pierwsza oceniałam mikrorobota z NASA, z Jet Propulsion Laboratories (Pasadena, Kalifornia , który był przygotowywany do wykorzystania w przestrzeni kosmicznej. To niebywałe, maleńkie urządzenie miało też pomagać mikrochirurgom, czyli chirurgom, którzy pracują pod mikroskopem, w łączeniu małych tętnic, żył, czy nerwów. To było wiele lat przed tym dużym i ogólnie znanym wydarzeniem z 2008 roku, jakim był przeszczep niemal całej twarzy.

 

– Wyjechała pani do Stanów Zjednoczonych ze względu na lepsze możliwości zawodowe, naukowe?

 

– Tak, przyjechałam do Stanów Zjednoczonych na fellowship, to jest na roczny pobyt w najbardziej znanym w tamtym okresie Instytucie Chirurgii Ręki i Mikrochirurgii (Christine M. Kleinert Institute for Hand and Microsurgery) w Louisville i spędziłam rok ucząc się zabiegów mikrochirurgicznych. Pracowaliśmy od szóstej rano do dwudziestej trzeciej czy czwartej. W rolniczym stanie Kentucky było mnóstwo wypadków przy maszynach rolniczych. Bez przerwy przywożono do nas ludzi z uciętymi palcami, rękami, czy nogami. I my te kończyny po nocach przyszywaliśmy. Dla mnie była to świetna możliwość nauczenia się mikrochirurgii i replantacji, czyli transplantacji własnych części ciała.

 

– Jeśli chodzi o transplantację twarzy sprzed dwunastu lat, czy spodziewała się pani, że lata pracy doprowadzą panią do takiego spektakularnego wydarzenia?

 

– Trudno przewidzieć, co będziemy robili za dwadzieścia lat, ale podjęcie decyzji, żeby pracować na modelu zwierzęcym, a także na zwłokach ludzkich, wykonywać transplantacje twarzy u szczura lub zmarłego człowieka sprawiło, że potem mogłam dobrze przygotować zespół chirurgiczny do pracy z pacjentem. Te lata były nie tylko przygotowaniem do technicznych aspektów transplantacji. Bardzo interesowałam się też lekami immunosupresyjnymi, które każdy pacjent po przeszczepie musi brać, mimo, że są bardzo obciążające. Moim celem było wprowadzenie nowych technologii, które będą oszczędzały biorcę niekonwencjonalnego transplantu, jakim jest transplant twarzy. Bez nerki można żyć, na dializach, ale co to za życie. Ludzie mówią, że bez twarzy można. Teoretycznie tak, ale też, co to za życie. Istniało wiele wątpliwości natury bioetycznej, media o tym dużo pisały, odczucia społeczne też były ambiwalentne. Bo wydawało się, że jeżeli ktoś ma dostać nową twarz i do końca życia brać leki przeciwko jej odrzuceniu, co może skrócić jego życie, a to zdrowy człowiek, to po co. Łatwo powiedzieć nam, zdrowym, że OK, bez twarzy można żyć. Jednak osoba, która jej nie ma, przeżywa katusze. Dla niej wyjście z domu jest prawie niemożliwe, bo ludzie się gapią, pokazują palcami, odwracają wzrok, wyzywają… Trzeba wejść w cudzą skórę, żeby rozumieć, że to nie jest tylko estetyka, ale funkcjonowanie.

 

– Przeszczep wymagał połączenia kości, mięśni, nerwów, nie było żuchwy, podniebienia… skala tej operacji, jej trudność była bez precedensu.

 

– Potem prowadziłam jeszcze dwie operacje pełnego przeszczepu twarzy. W roku 2014 to był mężczyzna. A potem, w roku 2017 była najmłodsza nasza pacjentka: młoda dziewczyna, osiemnastolatka, która chciała popełnić samobójstwo i strzeliła sobie w twarz. Magazyn National Geographic poświęcił jej wtedy cały numer. Obserwowali ją od samego początku, przed operacją, po operacji, pisali, jak sobie radzi.

 

– Powiedziała pani, że odpowiedzialność za przeszczep jest obustronna, to znaczy dotyczy lekarza, ale i pacjenta. W jakim sensie?

 

– W każdej relacji pacjent – lekarz najważniejsze jest zaufanie. Pacjent musi wierzyć, że lekarz chce dla niego jak najlepiej. W dzisiejszej medycynie, gdzie wszyscy się spieszymy, czasami jest to prawie niewykonalne. Niezmiernie ważne jest to, że leki, które pacjent musi brać, te przeciwko odrzuceniu przeszczepu, w zasadzie decydują o tym, czy organ będzie utrzymany czy odrzucony. Jeżeli, nie ufając lekarzowi, pacjent przestałby brać leki, to miałby odrzut i znalazłby się w jeszcze gorszej sytuacji niż przed przeszczepem. Te leki dają bardzo dużo uciążliwych objawów ubocznych, takich jak bóle głowy, stawów, nudności, złe samopoczucie, spadek odporności. Dlatego pacjent musi wierzyć lekarzowi, że, mimo wszystko, chce on jego dobra. Lekarz zaś musi ufać, że pacjent go słucha i rozumie powagę sytuacji. Jeżeli pacjent przychodzi po trzech miesiącach na wizytę i lekarz zauważa, że część twarzy ma objawy, które mogą wskazywać na odrzut, to pyta, czy pacjent cały czas brał leki. Jeśli pacjent powie, że czasami nie brał, to wiadomo, że to nie jest nowy  problem immunologiczny, tylko odrzut następuje z powodu niesubordynacji pacjenta. Jeżeli natomiast pacjent brał leki codziennie, jak pacierz, a mimo to jest odrzut, to trzeba zrobić mnóstwo testów immunologicznych, zdecydować, czy nie zwiększyć dawki leku, czy potrzebne są jeszcze jakieś inne interwencje. Jeśli zaś pacjent powie na przykład, że co drugi weekend nie brał, to wtedy powiem, że skończy się tak, że nie będzie miał twarzy i że nie będziemy się widywać. Wtedy wiem, że nie muszę wykonywać żadnych kosztownych testów. Właśnie dlatego, cały czas pracuję nad nowymi terapiami komórkowymi, które, mam nadzieję, kiedyś zastąpią leki immunosupresyjne.

 

– Co to osiągniecie zmieniło w pani zawodowym życiu?

 

– Zmieniło dużo. Spotkało się z ogromnym zainteresowaniem wśród kolegów, odbiło się głośnym echem w mediach, w świecie akademickim i naukowym. Razem ze mną śledzono losy pacjentki po transplantacji. To jeszcze bardziej mnie motywowało do prowadzenia badań nad terapiami komórkowymi wspomagającymi przeszczep bez występowania objawów ubocznych. Więcej czasu spędzałam na przygotowywaniu wykładów. Bardzo dużo jeździłam po świecie, co było przyjemne, ale też męczące. Jednego dnia byłam w Warszawie czy Poznaniu, a następnego w Seulu, Cleveland lub w Chicago. To wymagało ogromnej energii. Wykłady trzeba przygotowywać bardzo solidnie, bo ludzie, którzy na nie zapraszają, są bardzo wymagający, mają dużą wiedzę i zadają trudne pytania.

 

– Jak pani godzi pracę lekarza z prowadzeniem badań naukowych?

 

– To kwestia logistyki, przygotowania zespołu, który pracuje w laboratorium. Jeżeli poprawnie  przygotuje się plan badania, określi, jakie są jego cele, co jest najważniejsze, kiedy nie brakuje pieniędzy z grantów i jest dobry zespół, taki jak osoby, z którymi obecnie pracuję, młodzi naukowcy z Polski; kiedy wszystko jest dobrze ustawione, a ludzie, którzy wykonują przygotowane przeze mnie badania, wiedzą, co mają robić, i są entuzjastyczni, to kolejne etapy badan można wykonać prawidłowo.

 

– Powiedziała Pani kiedyś, że wojny napędzają rozwój medycyny.

 

– Niestety tak. Na przykład podczas I wojny światowej, ze względu na charakter tej wojny, na wybuchające w okopach bomby, bardzo wielu żołnierzy miało zdeformowane twarze. W tamtym okresie w Wielkiej Brytanii przeprowadzono badania dotyczące odrzucenia przeszczepu skóry. Leczono tych młodych żołnierzy poprzez pobieranie ich skóry, na przykład z uda, żeby pokryć blizny na twarzy. Okazało, że skóra własna nie jest odrzucana. Kiedy własnej skóry nie wystarczało, i pobierano, na przykład, skórę brata albo kolegi, to następował odrzut. Z tego okresu pochodzą najlepsze badania, które pokazują, co trzeba zrobić, żeby skóra została zaakceptowana. Było to bardzo ważnym przyczynkiem do zrozumienia immunologii bardzo specyficznego organu jakim jest twarz.

 

– Jak wygląda pani zwykły dzień?

 

–  Od ponad roku nie mamy zwykłych dni. Codziennie dzieją się rzeczy, których kiedyś nie spodziewaliśmy się. No ale pracujemy. Prowadzę badania w szpitalu, kilka razy w tygodniu widuję pacjentów, którzy wymagają operacji, operuję. Poza tym mam bardzo duże laboratorium na terenie kampusu uniwersyteckiego, gdzie spotykam się z rezydentami, fellow’ami czy stypendystami z Polski. Omawiamy doświadczenia na najbliższe dni, granty na przedłużenie badań czy na nowe projekty. Jeśli nie operuję i nie jestem w poradni, to piszę wnioski o granty, a także przygotowuję publikacje do różnych  pism naukowych. Oczywiście bardzo pomagają mi współpracownicy, choćby poprzez przygotowywanie tabel, zdjęć, wykresów. Jednak cała merytoryczna praca, opis oraz interpretacja wyników naszych badań  naukowych należy do mnie. Od siódmej rano do dwudziestej czwartej jestem zajęta. Dzień ma zwykle dwadzieścia cztery godziny, ale mój ma czasami znacznie więcej. Nieraz myślę, że w jednym życiu przeżyłam co najmniej dwa życia – tyle się wydarzyło, tylu wychowałam młodych lekarzy czy naukowców: około dwustu, w tym niemal sześćdziesięcioro z Polski. Moje życie jest dynamiczne, intensywne, ciekawe. Co prawda wcześniej było bardziej ruchliwe, a teraz się „zzoomowało”.

 

– Mówi pani, że w gruncie rzeczy nigdy nie wyemigrowała.

 

– W Polsce nie byłam od 2019 roku, wcześniej jeździłam częściej, czy to na wykłady czy na urlop. Lubię polskie morze i góry. Mimo, że podróży nie ma, część wykładów prowadzę nadal, przez internet. W przyszłym tygodniu mam spotkanie z młodymi polskimi lekarzami tu w Chicago. Bardzo chcą zostać w Stanach. Mam im podpowiedzieć, co zrobić, aby utrzymać się na tym trudnym amerykańskim rynku.

 

– Skąd w Pani ta moc, ta siła?

 

– No przecież zawsze chciałam wygrać Wyścig Pokoju… Po latach, kiedy już byłam dojrzałą lekarką, i przypadkiem spojrzałam na zdjęcia z Wyścigu, to dotarło do mnie, że tam w ogóle nie było kobiet. Może to właśnie świadczy o tym, że ja nigdzie nie widzę żadnych przeszkód. Stymuluje mnie coś, co jest wyzwaniem, ale rozsądnym. Czy, na przykład, weszłabym na wieżowiec? Nie, nie weszłabym, bo jaki to ma sens?

 

– Myśli pani o Noblu?

 

– To byłoby nieskromne. Po pierwsze, jest to nominacja, po drugie, komuś musi na tym zależeć, po trzecie jest w tym dużo polityki, po czwarte nawet w przypadku wybitnych polskich naukowców takich, jak, na przykład, profesor Hilary Koprowski, który wynalazł szczepionkę przeciwko polio, nie było nominacji do nagrody Nobla . Zatem o Noblu nie myślę. Natomiast miałam przyjemność w miarę dobrze poznać dwoje noblistów. Pierwsza osoba to Rita Levi-Montalcini, Włoszka, która odkryła nerve growth  factor, czyli czynnik  odpowiadający za wzrost i regenerację nerwów. Miała już wtedy dziewięćdziesiąt trzy lata, a jeszcze dawała wykład. Potem było małe spotkanie, kolacja – to było fantastyczne. Nie miała rodziny, całe życie poświęciła nauce. Drugim noblistą, z którym miałam przyjemność widzieć się wielokrotnie, był profesor Joseph Murray, który otrzymał Nagrodę Nobla w 1954 roku za pierwszy przeszczep nerek. Profesor był bardzo zainteresowany moimi badaniami, między innymi terapią komórek chimerycznych, a także samą transplantacją twarzy. Zmarł niedawno, też w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat. To już coś, prawda, znaleźć się tak blisko Nobla?

 

– Jest pani też kobietą biznesu, można powiedzieć. Zakładała pani startupy, dzięki którym wprowadzała nowe terapie.

 

– Po co wykonywać te wszystkie badania, jeżeli mają zostać w publikacjach czy na półkach w książkach? Naszym najważniejszym celem jako lekarzy jest, zgodnie z przysięgą Hipokratesa, „po pierwsze nie szkodzić”. Jeśli się nie szkodzi, pomaga i ma zainteresowania naukowe, jeśli tworzy się nowe terapie i ma możliwości wprowadzać je do kliniki, by poprawić jakość życia pacjentów – to jest to najlepsze, co może być udziałem lekarza-naukowca.

 

– Chciałabym zapytać o sprawy polskie. Nas, pokolenie mocy, power generation, łączy między innymi to, że młodość przeżywaliśmy w PRL, za komuny, a teraz żyjemy w rzeczywistości wolnorynkowej. Czy, według pani, jakoś to nas ukształtowało?

 

– Pomimo wad i braków tamtej Polski, nigdy się w niej nie czułam źle. Co prawda cierpieliśmy z powodu braku wolności, tego, że nie można było wyjechać za granicę dalej niż do NRD czy Bułgarii. Było dużo innych ograniczeń, ale myślę, że to nas wzmocniło. Wiedzieliśmy, że istnieje inny świat i że trzeba robić wszystko, żeby pokonać to, co wtedy zdawało się nie do pokonania. Jako pokolenie byliśmy mentalnie, intelektualnie przygotowani do walki z niesprawiedliwościami.

 

– Czy jest coś, czego się pani obawia?

 

– Obawiam się tego, jak ten czas nieprzewidywalnej i dewastującej pandemii wpłynie na młode pokolenie. Bo widzę, jak bardzo cierpi z powodu braku możliwości chodzenia do szkoły, jak to je frustruje. Całe pokolenie, na całym świecie, od dzieci w przedszkolu po studentów, praktycznie zostało pozbawione kontaktu z drugim człowiekiem. Obawiam się, jakie to będzie miało implikacje na następne pokolenia, i że będą one nieodwracalne. Widzę u mojego wnuka Alexa, że on ma jakby dwa życia: jedno w komputerze, a drugie po jego wyłączeniu.

 

– Ile czasu potrwa pandemia?

 

– Nie chciałabym się wypowiadać, bo wielu ekspertów w tej dziedzinie to robi. Jednak nawet ich przewidywania mijają się z rzeczywistością. Mówię to z przykrością i lękiem, bo to jest wirus, nad którym nikt nie ma kontroli. Nikt nie wie, jak on się zachowa w przyszłości i jakie będą tego konsekwencje. W ciągu kilku miesięcy całkiem zmienił nam świat.

 

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz