Siła pasji…

Zaczęło się na Pradze w Warszawie, na kortach Olszynki Grochowskiej. Chodziłem do parku grać w piłkę i przy okazji podglądałem tenisistów. Podobała mi się ta gra, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Kiedyś na strychu w starych szpargałach znalazłem drewnianą rakietę do tenisa i jeszcze tego samego dnia pobiegłem na ściankę. Radość nie trwała długo, po kilku odbiciach piłka przeleciała przez naciąg. Szybko nauczyłem się naciągać rakietę przy pomocy wałka i szpikulców. Odwrotu już nie było, tenis stał się pasją mojego życia. Rodzice nie mieli pieniędzy na trenera, więc godzinami obijałem ścianę sali gimnastycznej, potem były pierwsze mecze na osiedlowym asfaltowym korcie. Grałem fatalny tenis, ale skuteczny, godziny ćwiczeń zrobiły swoje i zacząłem wygrywać osiedlowe potyczki.

Kolejny przełom nastąpił na studiach. W mojej grupie trafiłem na kumpla świetnego technicznie. Toczyliśmy zawzięte boje, technika przeciw regularnym dziwolągom. Udawało się wygrywać, ale czułem, że mój tenis to dramat. Byłem w kropce, grałem skutecznie, regularnie, więc głupio było brać trenera, a i z kasą nie było za ciekawie. Obłożyłem się książkami, zdobyłem kasetę z lekcjami Fibaka. Zacząłem wszystko jeszcze raz, przez dwa lata przegrywałem z byle “pykaczami”, ale opłaciło się, znów zacząłem grać skutecznie. Na tenis klubowy było już niestety za późno, zostały amatorskie mistrzostwa Warszawy, turnieje na Olszynce Grochowskiej. Potem żona, dzieci, własna firma, kariera inżyniera w korporacji.

Kolejny przełom, to kiedy zrozumiałem, że to nie mój świat. Rozpocząłem kurs instruktora tenisa, szybko zorganizowałem pierwszą szkółkę i tak się zaczęła przygoda trenerska. W tym czasie rozwiodłem się i poznałem dziewczynę z Mrągowa. Mrągowo – czemu nie, pojechałem. Przez pierwsze dni szwendałem się zaglądając w każdy kąt, gdzie tu grać, gdzie trenować. Chciałem zbudować tam własne korty. Było blisko, jednak przegrałem przetarg na dzierżawę terenu. Wpadł mi do głowy pomysł wprowadzenia tenisa do Szkoły Mistrzostwa Sportowego “Baza Mrągowo”. To sławna w Polsce szkoła dla żeglarzy, kajakarzy, deskarzy. Trenowali głównie na wodzie, sala i boiska stały puste. Szybko udało się przekonać panią dyrektor do nowej sekcji. Starostwo też się zgodziło, a ja stanąłem przed nowym wyzwaniem. Żeby pracować w SMS (Szkoła Mistrzostwa Sportowego), musiałem skończyć pedagogikę. To musiało potrwać, ale w rok zrobiłem dwa lata. W tym czasie prowadziłem darmowe zajęcia z tenisa i siatkówki. Na ostatnim roku studiów już miałem etat trenera w SMS. Zaczęła się ciężka praca, pierwszy trening 6.50 rano, drugi po zajęciach, dodatkowo praca z dziećmi w podstawówkach. Miałem zielone światło, wsparcie burmistrzowej, wsparcie starosty, darmowy dostęp do obiektów. Po czterech latach byliśmy mocni w województwie, a w szkółce ćwiczyło z pięćdziesięcioro dzieci. Startowaliśmy gdzie się dało, talentiady, mistrzostwa województwa, turnieje tenis10, amatorskie, WTK, OTK. Mrągowo pojawiło się na mapie tenisowej Polski. Zawodnicy pięli się na listach rankingowych PZT.

Sen o potędze skończył się przez politykę. Przyszła nowa pani dyrektor, tak z teczki. Wymyśliła, że jeśli może być tenis, to może być i piłka nożna czy koszykówka. Nie mieliśmy szans się utrzymać – zawodnicy potrzebowali indywidualnych treningów, a piłkarze trenowali całym zespołem. Etat to osiemnaście godzin, w tym wyjazdy na zawody. Mogłem albo pracować z zawodnikami, albo robić nabory do szkolenia początkowego, oba konieczne z uwagi na płynność nowych roczników i  utrzymanie frekwencji w klasach szkolnych. Bez wsparcia musiałem rozwiązać sekcję. Po czterech latach panią dyrektor z hukiem wyrzucono, ale sekcji nie udało się odbudować. Zawodnicy próbowali jeszcze sił w Olsztynie, ale dojazdy sześćdziesiąt kilometrów wielu zniechęciły. Kilku zawodników zastało trenerami, niektórzy kontynuowali treningi. Moda na tenis w Mrągowie została, powstały korty zewnętrzne i kryte, pojawili się nowi trenerzy.

Dla mnie był to czas na nowe wyzwania. Związałem się z klubem Budowlani Olsztyn, podjąłem pracę w zarządzie WMZT, jestem delegatem PZT z ramienia związku oraz zdobyłem kwalifikacje sędziego. Organizowałem i sędziowałem wiele turniejów, tak amatorskich, branżowych (zakładów mięsnych, lekarzy, dziennikarzy, Wama Ladies Open, aktorów, itp), jak i PZT w kategoriach młodzieżowych.

Obecnie w czasach pandemii chciałbym dzielić się swoim doświadczeniem przez internet. Pracuję nad internetową akademią tenisa.

Tomasz Warowny

trener tenisa, naczelny sędzia regionalny PZT, działacz

 

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz