„Nie przestaję się dziwić temu, jak ciekawe jest zwykłe ludzkie życie” – Swietłana Aleksijewicz, laureatka literackiej Nagrody Nobla, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

„Wciąż uczę się miłości do drugiego człowieka” Rozmowa ze Stanisławą Celińską

Aktorka i wokalistka. Zadebiutowała w teatrze Współczesnym w Warszawie w 1969 roku. Występowała w Warszawie i Poznaniu.

Wielokrotnie brała udział w  Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Do klasyki przeszedł jej występ z piosenką „Uśmiechnij się! Jutro będzie lepiej!” w 1994 roku.

Wydała wiele płyt, między innymi: „Atramentowa…”, „Atramentowa… Suplement” i „Świątecznie”. Wszystkie trzy znalazły się w pierwszej pięćdziesiątce najlepiej sprzedających się płyt w roku 2016. Potem była jeszcze platynowa „Malinowa”, Fryderyk w kategorii „Album Roku Muzyka Poetycka” i Nagroda Publiczności w Opolu za utwór „Niech minie złość”. Najnowsza płyta „Jesienna” ukazała się w 2020 roku.

Spośród niezliczonych filmów, w których grała Stanisława Celińska, można wymienić choćby „Krajobraz po bitwie” i „Panny z Wilka” Andrzeja Wajdy, „Nie ma róży bez ognia” Stanisława Barei, „Noce i dnie” Jerzego Antczaka, „Zaklęte rewiry” Janusza Majewskiego, czy „Spis cudzołożnic” Jerzego Stuhra. Kino też wielokrotnie Stanisławę Celińską nagradzało, między innymi Polską Nagrodą Filmową (Orły) za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą w filmach „Joanna” Feliksa Falka i „Pieniądze to nie wszystko” Juliusza Machulskiego i Nagrodą FPFF – Złotymi Lwami za pierwszoplanową rolę kobiecą w „Spisie cudzołożnic”. Za rolę w „Pieniądze to nie wszystko” otrzymała również główną nagrodę na festiwalu filmowym w Szanghaju. Jury przewodniczył Allan Parker.

Teatr Telewizji, Teatr Polskiego Radia, seriale, role dubbingowe to kolejne obszary, w których działa Stanisława Celińska. Otrzymała liczne nagrody państwowe, między innymi: Złoty Krzyż Zasługi, Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości, Nagroda Specjalna „Diament Trójki” dla twórcy z wybitnym talentem, Nagroda im. Przemysława Gintrowskiego – przyznana po raz pierwszy, przeznaczona dla twórców stojących na straży prawdy i umiłowania wolności. Skąd w niej power? Opowie.

 – Pisząc notkę o pani pomyślałam, że jest pani naszym dobrem narodowym…

To wielkie słowo, bardzo dziękuję. Nie wiem, czy do końca zasłużyłam na takie określenie, ale prawdą jest, że od lat staram się uczciwie pracować w naszym kraju.

– Kiedy widzę panią na scenie, przychodzą mi na myśl słowa „mądrość” i „charyzma”.

Jeżeli ktoś przeżył tyle lat i, mimo różnych ułomności, pracował nad sobą, to powinien mieć coś ludziom do powiedzenia. Myślę nawet, że jego obowiązkiem jest dzielić się z innymi tym, czego się dowiedział i co w sobie wypracował. Jeżeli chodzi o charyzmę, nie wiem dokładnie co to znaczy, ale być może jest to dar pewnej duchowości i moc przekazywania tejże innym ludziom.

– „Czuję w sobie ogromną siłę, którą można by spożytkować: walnąć potężne rólsko, grzmotnąć głosem, osobowością, siłą.” Te pani słowa sprzed lat są aktualne?

Nie. To był czas, kiedy myślałam inaczej o sposobie przekazywania emocji i uczuć. Być może łączyło się to z podnoszeniem z upadku, w jaki się wpędziłam. Zawsze lubiłam płynąć pod prąd i kiedy kilka lat temu zauważyłam, że mój krzyk w przekazie artystycznym zaczyna zbliżać się do zenitu, postanowiłam zacząć przemawiać inaczej. Sama potrzebowałam spokojnego głosu, który mnie pocieszy, a ponieważ wszyscy jesteśmy jednym organizmem, okazało się, że takich jak ja jest wielu.

– Porozmawiajmy o dawnych czasach. Jakie jest pani najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

Pamiętam ojca, jego ciepło i muzykę.

 – Jaką dziewczynką pani była? 

 Myślę, że byłam zagubiona w świecie dorosłych. Nie mam do nich pretensji. Odbudowywali siebie po wojnie i nie mieli dla mnie czasu. Czułam się trochę niepotrzebna. Być może urodziłam się za wcześnie, ale tak miało być, ponieważ ojciec za chwilę umarł, a pozostawił mi w darze muzykę, która dzisiaj jest dla mnie najważniejsza.

– Niewiele jako dziecko dostała pani miłości. Jak to na panią wpłynęło? Postawiła pani barierę przed światem?

Myślę, że tak. Ta nieufność jest we mnie do tej pory. Jest to rodzaj niezamierzonego dystansu nad którym pracuję, kiedy ktoś staje mi się bliski. Krótko mówiąc – cały czas uczę się miłości do drugiego człowieka.

– Jak wspomina pani młodość w PRL-u? Wiele naszych rówieśników twierdzi, że było biednie, ale weselej i bardziej życzliwie niż dziś.

W sztuce Grace i Gloria Toma Zieglera gram rolę starej, schorowanej, ale bardzo mądrej kobiety, która między innymi mówi o tym, że bogactwo demoralizuje człowieka. Coś w tym jest. Wtedy czuliśmy się bardziej równi, prawie wszyscy posiadaliśmy tyle samo, czyli niewiele, ale bardziej mieliśmy siebie. Teraz te różnice społeczne powodują niepotrzebne zawiści.

– Młodość w czasach wiecznego niedoboru wszystkiego, z kartkami na żywność czy buty, z brakiem wolności – to nas ukształtowało. Dało siłę i zaradność. Zgadza się pani?

Tak. Kiedy człowiek czegoś nie ma, próbuje osiągnąć to innymi drogami. Dam przykład: nie mamy pieniędzy na kupno nowej szafy. W związku z tym oklejamy starą szafę przecudną, samoprzylepną tapetą. To dotyczyło wszystkiego: reperowanych rajstop, przerabianych ubrań i zabawek dla dzieci. To dawało zaradność, siłę przetrwania, a jednocześnie rozbudzało wyobraźnię.

– Nasza generacja, to znaczy osoby w wieku mniej więcej 50 – 70 lat, to tak zwane Pokolenie Mocy. Doczekaliśmy się tej nazwy ponieważ, jak pokazuje najnowsze badanie, większość z nas to ludzie energiczni, młodzi duchem, jeszcze w dobrej kondycji fizycznej, z ochotą, by żyć z rozmachem. Czuje się Pani mocna?

Tak. Ma pani rację. Tamte czasy wzmocniły nas, wzmocniła nas również walka o wszystko. Mieliśmy świadomość, że musimy wszystko zdobywać sami, natomiast swoim dzieciom chcemy wszystko dać, żeby mieli, żeby czuli się szczęśliwi – dlatego są słabsi. Mają nas i nie muszą walczyć. To tak, jakby lwica nie nauczyła swoich dzieci polowania.

– Już wszystko możemy, a nic już nie musimy, czyż nie?

Nie, absolutnie nie. Życie szykuje nam wielkie niespodzianki. Musimy być czujni i mieć świadomość konieczności nieustannego rozwoju i pracy nad sobą. To myślenie umocniło się we mnie teraz, podczas pandemii. Wróg jest ukryty i zbiera obfite żniwo. Wiadomo, że może zabić ciało, ale niech nie zabija siły ducha. Nie można dać się zwieźć rzeczom nabytym, bo można je w każdej chwili stracić. Najbardziej należy cenić zdobycze duchowe.

– Ma pani za sobą ciężką, zwycięską walkę z uzależnieniem od alkoholu. Skąd wziął się ten demon nałogu? I co panią zmotywowało do podjęcia walki z nim?

Demony istnieją wokół nas i atakują, kiedy jesteśmy słabi. Jedyną siłą, która może je zgładzić jest wiara – ona mi pomogła. Chciałam żyć dla swoich dzieci i na złość wszystkim, którzy we mnie przestali wierzyć.

– W Teatrze Rozmaitości w Warszawie zagrała pani kobietę z peep-show w dramacie Sarah Kane Oczyszczeni w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Jakie bariery pani przełamała dla tej roli?  

Rola ta przypomniała mi o tym, że mimo wieku dalej jestem kobietą, która pragnie miłości i jest w środku młoda. Trzeba było zawalczyć z ciałem, które już nie było atrakcyjne jak kiedyś, i w związku z tym przestać się wstydzić.

– Wielcy piszą dla pani teksty, ale śpiewa też pani utwory własne. Potrzeba podzielenia się doświadczeniem?

Wspomniałam, że po przeżyciu wielu rzeczy związanych z wiekiem dobrze jest podzielić się tym z innymi ludźmi, którzy tego potrzebują. To, co opowiadam w swoich piosenkach dlatego ma swoją siłę, że jest poparte prawdą życia.

– Doświadczenie życiowe to atut czy obciążenie?

Pewne rzeczy oczywiście obciążają, ale inne stanowią bogactwo. Niemniej największą korzyść wyciągnęłam nie z pochwał, ale z krytyki.

– Skąd w pani siła do wciąż nowych projektów?

Im więcej człowiek daje, tym więcej dostaje. Na koncertach staram się nie myśleć o sobie, ale o ludziach, którzy na mnie patrzą i słuchają. Swoimi tekstami staram się im pomóc w codziennych problemach. Oni to czują i dają mi swoje serca. Po koncercie mam w sobie więcej dobra, niż go dałam i napęd do dalszego działania.

– „Nie ma nic przyjemniejszego niż zwycięstwo nad samym sobą”. Które zwycięstwo smakowało najlepiej?

To były zwycięstwa każdego dnia – nad materią życia, nad problemami związanymi z dziećmi, ze sobą. Tych małych zwycięstw początkowo się nie docenia, dopiero później człowiek widzi, ile pokonał. To daje radość.

– „Sukces trudniej unieść niż klęskę”.

Klęska nie powinna nas załamywać, a sukces oszałamiać i powodować, że przestajemy pracować nad sobą.

– Mierzy się pani z upływem czasu?

Obecnie czuję się młodziej niż kiedyś, bardziej umiem cieszyć się życiem, wiem już, że ważna jest każda chwila. W związku z tym czas mi sprzyja.

– Jak pani dziś widzi świat? Co panią w nim drażni, przeszkadza, a co się podoba?

Oczywiście martwię się zmianami, które zachodzą na ziemi. Być może mnie nie będą one dotyczyły, ale będą się z nimi zmagać moje dzieci i wnuki, dlatego popieram wszelką ekologię. Najbardziej mnie boli rozwój nienawiści wśród ludzi, bo ta wiedzie do destrukcji. Natomiast fascynuje mnie to, że można poznać najbardziej odległe zakątki świata poprzez podróże, lub oglądając programy podróżnicze.

– Rywalizuje pani z młodymi? A może uczy się od nich?

Często przypatruję się młodym ludziom i dostrzegam ich świeżość, spontaniczność, to, co jest najważniejsze w życiu i twórczości.

– Jak pani dziś myśli o sobie sprzed lat? Gdzie jest dziś dziewczyna z Krajobrazu po bitwie?

Teraz jestem bardziej szczęśliwa. Wtedy nie umiałam cieszyć się życiem i wynajdywałam różne problemy, żeby się nimi zamartwiać. Czasami oglądam siebie taką dawną i budzę w sobie tamtą dziewczynę. To też jest potrzebne.

– Istnieją kolejne bariery do pokonania?

Mnóstwo. Każdego dnia dopada nas świat zewnętrzny i trzeba walczyć, żeby pozostać sobą.

– Co jest dziś dla pani ważne?

Ważni są ludzie i zwierzęta, które mnie otaczają. Chcę być wśród nich szczęśliwa i chcę, żeby oni byli szczęśliwi ze mną.

Czerwiec 2021

 

 

 

SPOTKANIE Z JOANNĄ POGORZELSKĄ, AUTORKĄ KSIĄŻKI „WIECZNIE MŁODZI, CZYLI POKOLENIE MOCY”

SZCZEGÓŁY WYDARZENIA

Spotkanie autorskie wokół zbioru wywiadów ze znanymi ludźmi, którzy udowadniają, że życie jest piękne w każdym wieku. Rozmowy składają się w mozaikę tworzącą portret generacji 50+.

W spotkaniu wezmą udział bohaterowie książki – Paweł Łoziński i Jacek Santorski

 

/ online – bezpłatnie /

Andrzej Zalewski – bohater codzienności

Nie każdy może wejść na Everest, jak Krzysztof Wielicki. Jednak każdy może wyznaczać sobie własne Everesty i bić rekordy. Andrzej Zalewski, wybitny biegacz amator, był po pięćdziesiątce, kiedy wykryto u niego nowotwór. Jak mówi, przeszło to obok niego. „Mam, no i co?”, pomyślał. Biegał w szpitalu z kroplówką.

– W twoim życiu zawsze obecny był sport.

– Tak. W młodości długo grałem w piłkę nożną. Przestałem, kiedy naderwałem więzadło. Prowadziłem wtedy stację CPN. Pewnego dnia przyszedł tam mój kolega. Był szczupły, wysportowany, a ja – osiemdziesiąt pięć kilo – obrośnięty tłuszczem, już mi było ciężko chodzić po schodach. Kolega wspomniał, że biega. Zaimponował mi. Tak się zaczęło. Jak to się mówi, wkręciłem się w to bieganie. A z piłką nożną było tak, że syn grał w klubie „Błyskawica” w Warszawie. Wożąc syna na treningi zaprzyjaźniłem się z innymi ojcami i też zaczęliśmy grać, w jednej drużynie z synami. Graliśmy w hali. Dobrze nam szło: zdobyliśmy, między innymi, puchar Warszawy i pierwsze miejsce w Lidze Pragi. Szczególnie miło wspominam Tomka Warownego, który był zawodnikiem, naszym trenerem, taktykiem i motywatorem. Miał przydomek „Mourinho”. Obecnie jest fantastycznym profesjonalnym trenerem tenisa ziemnego i szkoli dzieci. Ja byłem kierownikiem drużyny. Jednak kontuzja wyeliminowała mnie z gry.

11 listopada 2013 roku pierwszy raz wystartowałem w biegu. Oczywiście wcześniej się przygotowywałem. Poznałem świetnego trenera, pana Jerzego Skarżyńskiego. Pojechałem z nim na obóz, zaprzyjaźniliśmy się i wziął mnie pod swoje skrzydła. Kupiłem jego książkę. To jest jedyny trener, jakiego znam, który biega i opisuje to, co robi. Ostatnio brałem udział w Biegu Sześciu Szczytów w Warszawie. Trzydzieści kilometrów. Teraz biegi są wirtualne, to znaczy biegnie się naprawdę, ale samemu, nie w grupie. Nie poszło mi tym razem dobrze, wysiadła mi aplikacja do biegu.

– Twoje życie dzieli się na okres przed chorobą i po.

– Tak. Choć cały czas byłem aktywny. Przed nowotworem przez dziesięć lat prowadziłem stację benzynową. Może stres był przyczyną choroby? Trudno powiedzieć. Przez całe życie nie piłem, nie paliłem, a jednak zachorowałem. Rak migdałka i węzłów chłonnych. Do tej pory mam założoną rurkę do odżywiania, bo mam problemy z przełykaniem. Jednak staram się jeść. Muszę często pić, bo bardzo mi się wysusza jama ustna. Wszystko mam wypalone przez leczenie. Nawet kiedy byłem w szpitalu, nie dopuszczałem do siebie myśli, że mam nowotwór. Nie mogłem wytrzymać na sali. Kiedy patrzyłem na chorych ludzi, wychodziłem. Pewnego dnia znalazłem pomieszczenie do zabiegów fizjoterapeutycznych. Była tam bieżnia. Zapytałem, czy mogę korzystać. Mogłem. I nawet kiedy miałem chemię, biegałem z kroplówką podpiętą do żyły. Zawsze byłem nastawiony do życia optymistycznie i nawet nowotwór tego nie zmienił. Dzięki aktywności udało mi się szybciej pokonać chorobę. W szpitalu spędziłem półtora miesiąca. Przez pierwsze dwa miesiące po wyjściu wstawałem w nocy po kilka razy. W zasadzie spałem w kucki, tak mnie wszystko bolało. Nawet teraz całej nocy nie prześpię. Co półtorej godziny muszę nawilżyć wysuszone usta.

– Choroba to był rok 2018?

–  Tak, dowiedziałem się w grudniu 2018 roku. Wcześniej jeszcze spełniłem swoje marzenie – 11 listopada przebiegłem sto kilometrów na stulecie niepodległości Polski. Przygotowywałem się do tego solidnie, biegałem po kilkadziesiąt kilometrów nie wiedząc, że mam nowotwór. W czerwcu pojechałem na Rzeźniczka – dwadzieścia osiem kilometrów. Myślałem, że jak pobiegnę w cztery godziny, będzie super. Pobiegłem w trzy dwadzieścia. I wygrałem w kategorii M60. W styczniu 2019 roku wyszedłem ze szpitala,  a od marca znów biegałem.

– Podczas Biegu Niepodległości biegnie się sto kilometrów bez przerwy?

– Tak, na AWF-ie. Biega się wokół pętli. Biegłem dwanaście godzin. Można było mieć swój stolik. Przy moim siedziała moja żona. Na siedemdziesiątym kilometrze miałem kryzys, glikol się wyczerpał. Podbiegłem do żony, usiadłem, napiłem się, coś zjadłem, nabrałem wigoru i dobiegłem do końca. Był tam też  Jurek Skarżyński. Powiedział: Andrzej, schodź. Ale zawziąłem się.

– Podziwiam twoją siłę woli i zwycięstwa.

– Nie chciałbym się chwalić, ale dużo imprez wygrałem. Oczywiście w kategoriach 50+ i 60+. Trochę medali w piwnicy leży. W latach 2018 i 2019 wygrałem, między innymi, Bieg im. Piotra Nurowskiego w Konstancinie, półmaraton w Warszawie, biegi na dziesięć kilometrów w Grójcu i w Legionowie. W wielu zajmowałem drugie i trzecie miejsca. W tym roku w czerwcu ma się odbyć bieg w Szczawnicy, będzie też Bieg Rzeźniczka – na tych imprezach nie biega się tylko po płaskim, ale też po górach. W zeszłym roku pobiegłem jedenaście i dwadzieścia osiem kilometrów. W tym roku zaplanowałem sobie, że pobiegnę jedenaście, dwadzieścia osiem, a potem pięćdziesiąt trzy kilometry.

– Nazwa Rzeźniczek nawiązuje do stopnia trudności biegu?

– Tak. Rzeźnik to jest osiemdziesiąt kilometrów po górach. Niby pod górę się podchodzi, ale z góry trzeba zbiegać. Natomiast podczas Rzeźniczka wiozą nas kolejką i później mamy dwadzieścia osiem kilometrów do przebiegnięcia. Trzy, cztery godziny trzeba naprawdę zasuwać.

– Biegasz codziennie, żeby utrzymać formę?

– Pięć razy w tygodniu. Teraz zapisałem się na Puchar Maratonu. To są biegi: pięć kilometrów, po miesiącu dziesięć, za kolejny miesiąc piętnaście, potem dwadzieścia i dwadzieścia pięć kilometrów – takie stopniowe przygotowanie do jesiennego maratonu. Tu też pomaga aplikacja: po biegu wynik automatycznie pojawia się na stronie Maratonu.

– Co się czuje, co myśli, kiedy biegnie się sto kilometrów?

– Niektórych przeraża takie bieganie w kółko. Ja trenuję w Parku Skaryszewskim w Warszawie. Jest tam taka pętelka – kilometr osiemset metrów. Tam sobie biegam, przyzwyczaiłem się. We wtorki i w środy biegam piętnaście, szesnaście kilometrów, staram się trzymać tempo pięć minut na kilometr czyli w rytmie WB1; w czwartek mam wycieczkę biegową – od dziewiętnastu do trzydziestu kilometrów, w soboty też szesnaście kilometrów rytmem WB1, a później „siła biegowa”: biegnie się pod górkę, robi się tak zwane skipy, to znaczy podnosi się nogi wysoko do góry i biegnie tak dziesięć razy po sto pięćdziesiąt metrów. W niedzielę mam szybkie bieganie, to jest w rytmie WB2 – szesnaście do dwudziestu kilometrów, cztery minuty dwadzieścia sekund na kilometr. Sześć, siedem minut odpoczynku i trzy minutowe mocne biegi. Szybki bieg minutę, trzy minuty przerwy i znów szybki bieg, tak, żeby aż się zrobiło niedobrze.

– Lubisz się tak umęczyć do cna.

– Człowiek inaczej wtedy funkcjonuje, aż się żyć chce. Choć teraz, wstyd się przyznać, jestem na rencie. Po wyjściu ze szpitala co trzy tygodnie miałem wlewy. To nowa technologia, która ma odbudować organizm i zablokować namnażanie się komórek rakowych. Teraz co dwa i pół miesiąca jeżdżę na tomografię z kontrastem.

– Czym jest dla ciebie sport?

– Sposobem na życie. I, co ważne, w ten sposób daję przykład wnukom. Swego czasu zabrałem trójkę z pięciorga moich wnucząt do Kazimierza Dolnego na bieg. Dziadek zajął drugie miejsce na dziesięć kilometrów, wnuk Sebastian – trzecie w swojej kategorii, i wnuczka Monika także trzecie miejsce. Dwóch moich wnuków startuje też w biegach „parkrun” w Warszawie. Na całym świecie, w różnych miastach w sobotę o dziewiątej rano ludzie biegną pięć kilometrów. W Polsce odbywa się to między innymi w Lublinie, Gdańsku, Warszawie i wielu innych miejscach.

– To jest fajny czas w życiu, kiedy możemy cieszyć się wnukami.

– Tak. I dać przykład. Ja dużo rozmawiam z wnukami. Inspiruję ich, żeby stawiali sobie cele, żeby mieli marzenia i się nie poddawali, że można wszystko.

– W końcu należymy do pokolenia mocy. Jesteśmy silni i kochamy życie. To, co nas łączy, to młodość w PRL-u. Jak wspominasz tamten czas?

– Zawsze miałem głowę pełną marzeń. Moje pierwsze miejsce pracy to były Wojskowe Zakłady Elektroniczne w Zielonce, a potem pracowałem w Mazowieckim Przedsiębiorstwie Ceramiki Budowlanej, jako elektryk. Jeździliśmy remontować cegielnie. Było wesoło, trochę alkoholu, fajnie było… I oczywiście grałem w piłkę. W cegielni założyliśmy klub piłkarski. Zawsze też szukałem czegoś nowego. Od 1984 roku pracowałem na stacji CPN.

– Kiedy przyszedł rok 1989, zmiany polityczne i społeczne – jak się wtedy czułeś?

– Marzyłem, żeby mieć własną stację benzynową. I wreszcie stało się to możliwe. PRL można porównać do wielkiego stawu, w którym wszyscy pływaliśmy. Z końcem Polski Ludowej wodę ze stawu spuszczono i było „ratuj się kto może”. Daliśmy radę. Żona założyła działalność  gospodarczą i miała stoisko w Kupieckim Domu Towarowym, a ja byłem ajentem stacji w Wołominie. To był czas kiedy spałem po trzy, cztery godziny na dobę. Pracowaliśmy wtedy 24/24, na dwie zmiany. Pewnego dnia jechałem do domu i nagle zdałem sobie sprawę, że jadę w kierunku innym niż chcę. Ze zmęczenia. Pomyślałem, że muszę coś zmienić, bo nie wytrzymam. Jednak dziękowałem Bogu, że PRL się skończył. Człowiek mógł w końcu sam o sobie decydować. Choć stres był. Jak się prowadziło własną działalność, to ludzie myśleli, że się oszukuje, że jak badylarz, to kręci. Ja tak nie myślałem. Spotkałem na swojej drodze różnych ludzi, w tym wielu zamożnych, uczciwych, którzy jeszcze pomagali innym.

– Jednym słowem, wykorzystałeś szansę transformacji.

– Zawsze umiałem się ustawić. I wtedy i teraz rozglądam się. Niedawno zacząłem współpracować z firmą Biomol. Na podstawie analizy włosa określa się stan odżywienia organizmu i na tej podstawie przygotowuje się indywidualny program żywieniowy dla klienta. Bardzo się w to zaangażowałem. Wiąże się to z tym, że muszę dbać o zdrowie. Biorę kwasy omega, witaminę D, czosnek z lukrecją, specjalną białkową odżywkę i wiele innych suplementów, które należy przyjmować o odpowiednich porach. Podchodzę do swojego zdrowia fachowo. Jeśli chce się mieć rezultaty, to tak trzeba. I mam cel: zostać milionerem. Harland Sanders, kiedy zakładał KFC, miał sześćdziesiąt cztery lata, czyli był w moim wieku. Zatem najwyższa pora. On stworzył to imperium z niczego. Ciekawa biografia. Lubię czytać biografie. Interesuje mnie sposób myślenia ludzi, o których czytam. A wieczorem analizuję swój dzień. Rozważam, co zrobiłem dobrze, a co źle.

– Codziennie?

– Tak. I wyznaczam sobie kolejne cele.

– Jaki był najtrudniejszy moment w twoim życiu?

– Nie miałem takiego momentu, naprawdę. Nawet kiedy dowiedziałem się o nowotworze, przeszło to jakby obok mnie. Mam, no i co? Nie wiem, czy w ogóle byłem chory. (śmiech) Oczywiście żartuję, swoje przeszedłem. Miałem trzydzieści naświetlań. To potwornie wyniszcza, i złe i dobre komórki. Kiedy wyszedłem ze szpitala, ważyłem 55 kilogramów. Nie mogłem jeść ani pić. Żona robiła mi przeciery, rosołki, dbała o mnie bardzo. Żonę mam kochaną, najwspanialszą na świecie, dziękuję Bogu, że ją mam. Mimo, że pracowała, to codziennie była u mnie w szpitalu. Podtrzymywała na duchu mnie, a jak innych pacjentów. Z jednym do dziś jestem w kontakcie, przyjaźnimy się.

– Jak dziś patrzysz na świat? Co cię w nim denerwuje, przeszkadza?

– Nic mnie nie denerwuje. Zawsze szukam pozytywów. Kiedy dzieje się coś złego, trzeba po prostu przez to przejść. Zawsze kochałem życie. Moim celem jest żyć sto czterdzieści lat i to w dobrej kondycji, na sportowo.

– Masz dzieci i, jak mówisz, starasz się być dla nich przykładem.

– Kiedy ich odwiedzam, to mówię, że bardzo ich kocham, jestem z nich dumny, ale chciałbym być dumniejszy. Ostatnio powiedziałem tak: „Słuchajcie, moje kochane wnuczki. Za szóstkę i piątkę płacę wam dwie dychy, za czwórkę  – dziesięć złotych, za trójkę, dwóję i jedynkę – wy oddajecie mi pieniądze.” Nie zgodzili się. Powiedzieli, że mnie nie stać.

– Wymagasz i od siebie i od bliskich.

– Tak, ale przede wszystkim chcę okazać im dużo miłości i pokazać, że życie jest dobre, pozytywne. I że zawsze jest dobry moment, by zacząć coś nowego. Przecież człowiek im starszy, tym głupszy. (śmiech)

– Jak zareagowałeś na koronawirusa?

– Podczas pierwszego lockdownu, kiedy nie można było wychodzić, codziennie biegałem wokół podwórka. Potrafiłem zrobić dwadzieścia kilometrów. Jak na spacerniaku w więzieniu. Ludzie mnie filmowali, byłem miejscową atrakcją.

– Czy ty w ogóle umiesz odpoczywać?

– Odpoczywam w biegu. Kiedy pracowałem na stacji, wstawałem o czwartej trzydzieści, biegłem do Parku Skaryszewskiego, a o ósmej czy dziewiątej byłem już w pracy. Po drodze jeszcze gimnastyka, a w domu gimnastyka siłowa. Zima czy lato, wiatr, czy mróz, ja – czapa, kurtka i na dwór.

– Czy jest coś, czego się obawiasz?

– Nie. Bo wiem, że zawsze coś na mnie czeka w przyszłości. I do niej zmierzam.

– Co jeszcze chciałbyś osiągnąć?

– Przede wszystkim chciałbym udowodnić swoim dzieciom i wnuczkom, że jeszcze mogę coś osiągnąć. Także finansowo. Dlatego też zaangażowałem się w ten biznes medyczny. Przyszłość to jest piękna sprawa.

– Patrzysz w jej stronę z ciekawością?

– Dokładnie tak. Siedzę tu z tobą, ale już myślę, co będzie potem.

– Nie rozpamiętujesz przeszłości?

– Z rozlanym mlekiem już nic nie zrobisz.

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

„Nie ma celu, nie ma życia”: Krzysztof Wielicki, himalaista

Jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii himalaizmu. Piąty człowiek na świecie, który zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników – Koronę Himalajów. Obok Reinholda Messnera, Wojciecha Kurtyki i Jerzego Kukuczki uważany za najlepszego himalaistę naszych czasów. Jako pierwszy człowiek na świecie, wraz z Leszkiem Cichym, zimą 1980 roku zdobył najwyższy szczyt Ziemi Mount Everest. Również jako pierwszy wszedł na Lhotse – zimą, samotnie w gorsecie po uszkodzeniu kręgosłupa. Lista jego dokonań jest znacznie dłuższa. Wielokrotnie nagradzany, m.in. wyróżnieniem księżnej Asturii w dziedzinie sportu (2018) oraz Złotym Czekanem (2019), zwanym wspinaczkowym Oscarem.

Co u pana słychać? Sytuacja zdrowotna na Śląsku jest dramatyczna.

Wokół mnie wszystko dobrze. Jestem po drugim szczepieniu. Mieszkam na wsi na północy Śląska, w Jurze Częstochowskiej, tu wirus nie dochodzi.

Jak panu dni płyną?

Mam mnóstwo różnych zajęć, ale mogę je wykonywać gdzie i kiedy chcę, na luzie.

Jakie jest pana pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

O, mam mnóstwo wspomnień. Wychowałem się na wsi. Pamiętam, na przykład, dwie duże lipy, szerokie, rozłożyste. Rosły przy szkole, jedna na boisku, druga w ogródku. Tam mieszkaliśmy, ojciec był kierownikiem szkoły. Pamiętam bardzo dobrze werandę i dużo innych detali. Fajne miałem dzieciństwo, wiejskie, ale bez wiejskich obowiązków. Nie musiałem chodzić w pole, w związku z tym hulaj dusza, były zabawy, szałasy w lesie, latawce, ganianie za ptakami. Pamiętam, jak w 1960 roku podłączyli prąd. Było uroczyście, nawet ksiądz się zjawił. Za wsią stanął transformator. Kiedy ten prąd włączyli, to ludzie pobiegli do domów zobaczyć, jak żarówki świecą. Dziś to się wydaje niewiarygodne, ale pamiętam też lampy naftowe. Kiedyś, kiedy tu nas nie było prądu, powiedziałem do syna, że potrzebujemy lampę naftową. Za pytał: „Co?” Fajne mam wspomnienia z dzieciństwa. Tak było do trzynastego roku życia. Potem musiałem iść do Ostrzeszowa, do liceum. Mieszkałem na stancji.

Nie unikniemy tematu gór. Jest pan jednym z legendarnych Lodowych Wojowników.

Całe moje pokolenie himalaistów tak nazywano. 

Nie brakuje panu gór?

Wisły kijem nie zawrócimy. Nasze pokolenie, z naszą filozofią wspinania się, jest już passe, i trzeba się z tym pogodzić. Nie mówię, że dziś młodzi są lepsi czy gorsi – są inni. Wynika to nie tylko z ich charakterów, ale też z warunków zewnętrznych. Nas otaczała bieda, żyliśmy za żelazną kurtyną, gdzieś hen była Europa i chyba mieliśmy potrzebę udowodnienia, że Polak potrafi. Czuliśmy się niedoceniani. W naszym górskim środowisku nie wszyscy mogli wyjeżdżać za granicę. Patrzyliśmy też na góry jak na możliwość zapisania jakiejś historii. Naczytaliśmy się w książkach i magazynach górskich o tym, co robią koledzy z Anglii czy Francji i też chcieliśmy tego dotknąć. Większość z nas miała wyuczone zawody, ale trudno było się w nich wybić. Wszyscy mieliśmy to samo: M-2, czasem M-3, meblościankę, dwa fotele, pralkę franię, niektórzy mieli malucha. Trudno było o sukces. Ci, którzy mieli jakąś pasję, uciekali na morza, oceany, w góry, bo wiedzieli, że tam są większe szanse na realizację marzeń. A przecież wszystko zaczyna się od marzeń. Choć marzyć też było trudno. Kiedy przyszedł stan wojenny, to w marzeniach uciekaliśmy poza kraj, chcieliśmy być gdzieś dalej, daleko… Ciekawe, że w tamtym trudnym społecznie czasie mieliśmy największe osiągnięcia. To paradoks, bo przecież zwykle sport, sztuka, czy film, rozkwitają w bogatych społeczeństwach. A ta nasza Złota Dekada polskiego himalaizmu przypada na najtrudniejszy czas. W Polakach jest coś takiego, że jak mają wroga, albo pod górkę, to się lepiej spisują. Ale można walczyć nie tylko z czymś, ale i o coś, na przykład o pozycję. My, mówię tu o naszym górskim środowisku, zawsze mieliśmy coś do zrobienia. Cała Korona Himalajów, czyli wszystkie ośmiotysięczne szczyty zostały zdobyte między rokiem 1953 a 1964, ale nie było to udziałem Polaków. Szczęśliwie, w 1975 roku wyłączono alpinizm z turystyki i dołączono do dyscyplin sportowych, pod ministerstwo sportu. To była wielka sprawa, ponieważ zaczęliśmy podlegać zasadom i przepisom takim, jak dyscypliny sportowe. Pojawiły się ułatwienia. Kluby wysokogórskie natychmiast zaczęły to wykorzystywać. W związku z tym nasze wyniki się poprawiały, nadrabialiśmy zaległości. W klubach wysokogórskich spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, tam się marzyło, planowało… Zostawialiśmy wyuczone zawody, bo kiedy spędzało się sześć miesięcy w roku w górach, to nie dawało się tego łączyć z pracą zawodową. Żeby zarobić na wyprawy, pracowaliśmy razem na zleceniach wysokościowych. Przez prawie całe lata osiemdziesiąte, aż do przemian polityczno-społecznych w 1989 roku, tworzyliśmy grupę ludzi, którzy marzyli, wyjeżdżali i w ten sposób budowali pozycję polskiego himalaizmu. Był Wojtek Kurtyka, Jurek Kukuczka, była Wanda Rutkiewicz, i cała grupa innych. Tych wojowników było kilkudziesięciu. Po latach koledzy z Zachodu zaczęli się uczyć naszych nazwisk. Wcześniej stanowiliśmy dla nich jakąś tam grupę ze Wschodu, z za kurtyny. Kiedy nasze dokonania zaczęły być zauważalne w świecie, pojawił się szacunek. To Anglicy nadali nam ksywę Ice Warriors (Lodowi Wojownicy). Do dziś o Polakach mówi się warriors.

Zawsze chciał pan mieć coś przed sobą?

Tak. I zawsze mierzyliśmy wysoko. Z pasją jest tak, że jak się ją ma, to się z nią umiera. Ciągle chce się osiągać więcej i więcej. W alpinizmie klasycznym, co prawda, nie ma rywalizacji bezpośredniej, ale jest pośrednia. Kiedy usłyszeliśmy, że ktoś zrobił jakąś ścianę, to chcieliśmy znaleźć inną, lepszą drogę. W latach osiemdziesiątych to południowa, trzyipółkilometrowa ściana Lhotse była największym wyzwaniem. Oczy całego świata były na nią skierowane. Byłem tam trzy razy. Nie zdobyliśmy jej, Rosjanie to zrobili. Ale mierzyliśmy się, to jest ważne. Alpinizm to wspaniała szkoła solidarności, partnerstwa i walki. Nawet jeśli się nie udaje, to warto się mierzyć. Te wszystkie wyzwania przybliżały nas do cienkiej czerwonej linii między odwagą a szaleństwem. Ta linia istnieje, ale w mojej opinii ona nie jest taka cienka. Jest dosyć szeroka, można w niej dryfować, brylować i bywa, że człowiek nie wie, czy to jeszcze jest odwaga, czy już szaleństwo. To wszystko było powodowane chęcią przeżywania najsilniejszych emocji. Im bliżej tej linii, czy w tej linii, tym lepiej to smakowało. Można powiedzieć, że czasem minuta w sytuacji ekstremalnej może stanowić więcej niż przeżycia całego roku. Jeśli ktoś nie jest zachłanny na życie, na emocje, to w góry nie pojedzie. W tamtych czasach byliśmy zachłanni na życie w ogóle. Mieliśmy wszystko: i góry i rodziny… Tacy byliśmy. I było jeszcze „sprawdzam się” – szukanie swojego limitu. Człowiek chciał sobie coś udowodnić i zrobić to mimo, a może dla ryzyka. Bo alpinizm na ryzyku się zasadza. Ale trzeba też być szczęściarzem, ważny jest tak zwany luck. Mnie się udało. Do dziś jestem szczęściarzem. Mimo różnych dziwnych sytuacji, żyję. Bo błędy popełniamy wszyscy. Wanda Rutkiewicz, Jurek Kukuczka i inni, którzy zginęli, nie mieli szczęścia.

Powiedział pan: niebo mnie nie chciało, a piekło zignorowało.

Starałem się, ale nie wyszło.

Mówił pan też, że napędzało pana zobowiązanie wobec zespołu.

Alpinizm to zespoły. Ludzie ożywiają materię gór. Zawsze bardzo ceniłem to, że jesteśmy zespołem. Zanim pojechaliśmy w góry wysokie, dużo czasu spędzaliśmy razem w klubach. Przyjaźniliśmy się, mieliśmy stałych partnerów do wspinania, razem wisieliśmy na kominach. Człowiek wisiał na linie, a myślami był już na południowej Lhotse. Już wtedy dobieraliśmy się w grupy. Potem trzeba było przygotować wyprawę. Jeden załatwiał namioty, drugi konserwy, trzeci kurtki, a czwarty buty. Bardzo ważne jest też zaufanie. Pamiętam, na wyprawie na Everest, na którą pojechałem z rezerwy, tak się złożyło, że my z Leszkiem [Cichym – przyp. JP] poszliśmy na szczyt. Nie, żeby nam się udało, zapracowaliśmy na to. Jednak nigdy nie postrzegałem tego tak, że to ja wszedłem na Everest. Weszli Polacy. Przez wiele lat, gdyby pani zapytała kogokolwiek ze środowiska górskiego o to, kto pierwszy wszedł zimą na Mount Everest, nie padłyby nazwiska, tylko powiedziano by, że Polacy zdobyli ten szczyt. Kiedy zeszliśmy, jeden z kolegów niżej rozpłakał się. Nie z zazdrości. Z radości, że nam, jako zespołowi, się to udało. Wiedzieliśmy, że sukces zależy od nas wszystkich. Nie było tak zwanej jazdy na lidera, wyznaczania, kto zaatakuje.

Teraz jest jazda na lidera?

Ten sport zaczyna się personalizować. Uwaga jest zwrócona na jednostkę. Kiedyś artykuły w Taterniku miały, na przykład, takie tytuły: „Krakowianie weszli na …”, albo „Wrocławianie zdobyli…”. Gdyby dziś ktoś napisał, że krakowianie gdzieś weszli, nikt by tego nie opublikował. Musiałyby paść nazwiska, zawód, ile ma lat, kim jest żona, dzieci, kochanka… Wtedy, oczywiście, nie było takich środków przekazu jak dziś. Jechało się na wyprawę i przez dwa czy dwa i pół miesiąca nikt na dole nie wiedział, co się z nami dzieje. Dopiero po naszym powrocie pojawiała się w gazecie informacja, że przyjechaliśmy. Z tarczą albo na tarczy. Były tylko listy pisane z bazy do domu, i też nie zawsze docierały. A dziś nawet dziennikarze jeżdżą za wyprawami. To były inne czasy, ale cieszę się, że w takich czasach żyliśmy. Było bardzo ciekawie. Może też dlatego, że wtedy nie było tak łatwo i pewne rzeczy smakowały lepiej.

Mówią to wszyscy przedstawiciele pokolenia mocy.

Jak powiedział Goethe: „nie ma celu, nie ma życia”. Co prawda są ludzie, którzy tego nie potrzebują. Mogą sobie pracować ósma – siedemnasta do emerytury, i na wczasy do Łeby. Można i tak. Ale grupa, którą ja reprezentuję, żyła inaczej. Im trudniej, tym lepiej.

W domu zostawały rodziny…  Jest coś, co pan poświęcił dla gór?

Teraz, z perspektywy czasu, żałuję, że nie byłem z dziećmi, kiedy dorastały. Dziś dorosłe, wypominają mi to czasem, kiedy wtrącam się w ich życie. Słyszę wtedy: „Tata, a kiedy trzeba było mnie wychowywać, to gdzie byłeś?” Oczywiście w żartach. Mam bardzo dobre stosunki z dziećmi. Mam też młodszego syna. Kiedy z nim rozmawiam, widzę, ile wtedy traciłem, jak jesteśmy blisko siebie, jak on mnie potrzebuje, a ja jego. Może to też kwestia wieku, dojrzałości,  zupełnie inaczej widzę teraz ojcostwo. Na szczęście, dzięki żonie dzieci są wychowane dobrze.

Żadne z dzieci nie podziela pana pasji?

W zasadzie cieszę się z tego. Córki próbowały, ale szybko wybiłem im to z głowy. Syn trochę się wspinał, potem miał przerwę i wrócił w góry dopiero, kiedy osiągnął sukces w innej dziedzinie, kiedy już udowodnił, przede wszystkim sobie, że potrafi coś osiągnąć. Z tym, że wspina się for fun (dla zabawy), już nie musi pisać historii. Natomiast najmłodszy syn, zapytany kiedyś przez dziennikarzy, czy będzie się wspinał, powiedział, że góralstwa uprawiał nie będzie. Kopie piłkę.

Chodzi pan teraz po górach dla relaksu?

Niestety moja żona się wspina i trochę mam z tym problemów, jestem takim trochę hamulcowym, ale jeździmy.

Kiedy zaczynał się pan wspinać, miał pan jakiś wzorzec osobowy, idola?

Nie. I nie widziałem nigdy u nikogo z moich przyjaciół żadnego plakatu z Messnerem czy innymi bohaterami gór. Himalaiści mają bardzo rozbudowane ego, nie chcą podążać za kimś. Tak jak chłopcy wieszają sobie Ronaldo czy Lewandowskiego, tak w domu wspinającego się nie znajdzie pani żadnego zdjęcia idola. Każdy ma własną drogę. To jest dla naszego środowiska charakterystyczne.

Jednak myślę, że teraz pan jest idolem dla młodszych.

Oni mają szacunek do osiągnięć mojego pokolenia, ale nie chcą nas naśladować. Mówią: zrobiliście swoje, my zrobimy swoje. Myślę też, że oni nie mają tej potrzeby pisania historii, którą my mieliśmy. Dziś wspinanie jest bardziej for fun. Poza tym istnieje zapotrzebowanie na szybszy sukces. Mało kto może sobie pozwolić na półroczny pobyt w górach. No i młodzi nie wytyczają sobie kierunku, oni gonią za emocjami. Dziś wszystko jest stosunkowo łatwo dostępne. Każdy, kto w miarę dobrze zarabia, może sobie pozwolić na wspinanie, nurkowanie czy inne sporty. Więc szukają wrażeń. Ale historii nie piszą.

Co w dzisiejszym świecie najbardziej pana denerwuje, przeszkadza?

Coraz większy brak empatii. Wynika to może z tego, że poziom życia się podnosi. Z dzieciństwa pamiętam pojęcie „samopomoc chłopska” – rolnicy pomagali sobie przy żniwach, gromadzili się i pracowali razem. Dziś ludzie przechodzą obok skrzywdzonych… Myślałem nawet, że nasze dzieci powinno się wysłać gdzieś do Afryki czy Azji, żeby zobaczyły, jak tam życie wygląda. Tu ludzie mają wszystko i nie widzą drugiego człowieka. Dla nas było nie do pojęcia, żeby nie podzielić się kanapką przy ognisku. Tego mi dziś brakuje. Natomiast podoba mi się, że młodzi czują się Europejczykami, mogą poznawać innych ludzi. Nam w szkole mówiło się, że podróże kształcą. Powiedziałbym raczej, że podróże wzbogacają. Człowiek nabiera dystansu do świata, do problemów… Kiedy pierwszy raz wyjechałem za Zachód, do Francji, w 1972 roku, to bałem się odezwać, ze wstydu. Dziś młodzi często mówią z dumą, że są Polakami. To mi się bardzo podoba. Wydaje się, że Europa staje się dziś miejscem regionów, a nie państw, i to jest dobry kierunek. Nie trzeba się wstydzić, że  jest się, na przykład, ze Śląska.

Jest coś, czego pan się obawia?

Samotności. Nie starości. Samotności. Ja kocham ludzi. Muszę żyć dla kogoś.

Chce się pan czuć potrzebny?

Tak. Teraz, podczas pandemii, mamy jeszcze większą potrzebę kontaktu z ludźmi. Normalnie nasze życie to są spotkania, konferencje, festiwale, różne inne imprezy… Bardzo to sobie cenię, to jest ważne. Góry to lód i śnieg, ale tu ważni są ludzie.

Myśli pan o kolegach, którzy nie wrócili z gór?

Rozmawiamy o tym czasem. O naszych koleżankach i kolegach, którzy odeszli, opowiadamy anegdotami. Kiedy jestem z młodszymi kolegami to chętnie mówię o tych, których już nie ma nie po to, żeby powiedzieć, że ich znałem, tylko żeby przekazać, czego dokonali. Dawniej, kiedy media nie były tak rozwinięte, trudniej było przybliżać sylwetki, dlatego chętnie to robię. Trzeba przypominać to pokolenie Złotej Dekady. Bo to, co mi się nie podoba, co mnie smuci to fakt, że młodzi budują przyszłość bez patrzenia w przeszłość. Dotyczy to nie tylko wspinania. Przyszłość powinno się tworzyć znając przeszłość, trzeba się o coś oprzeć. I szanować osiągnięcia poprzedników.

W jaki sposób pan odpoczywa?

Ja nie wiem, co to jest odpoczynek. Przed chwilą wróciłem z ogrodu, bo wyrywałem trawę rekultywatorem. Żona śmieje się ze mnie, że jeżdżę pustymi taczkami, bo nie nadążam ich załadować. Kocham ogród. Nie sądziłem, że tak go pokocham. Mój ojciec też to uwielbiał, do końca życia pracował w ogrodzie. Teraz ojca rozumiem, przyszło mi to z wiekiem. Wiem, że można rozmawiać z drzewami, z kwiatami. Tylko to jest inny język, język natury.

Powiedział pan kiedyś: „Chcę mieć wszystko.” Ma pan wszystko?

Zależy, jak to rozumieć. Dobra materialne mnie za bardzo nie interesują. Samochód ma mieć cztery koła i jechać z punktu A do punktu B, i tyle. Ważne są dla mnie inne sprawy – przyjaźnie, spotkania, poznawanie ludzi. Czasem bywam mówcą motywacyjnym. Chcę przekazać swoje doświadczenie, a także budzić zapał, przekonywać, że w życiu nie należy być bezwładną molekułą, tylko trzeba świadomie przez nie przejść. Wciąż jestem zachłanny. Gdybym taki nie był, nie dotarłbym tu, gdzie jestem.

Rozmawiam z człowiekiem spełnionym?

Tak. I nic bym w życiu nie zmienił, mimo błędów.

 

 

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

9 kwietnia 2021

Rozmowa z Ewą Sypnik-Pogorzelską, dietetyczką z Poradni Dietosfera w Warszawie

– Jak pani ocenia stan zdrowia, kondycję pani pacjentów w przedziale wiekowym 50 – 70 lat?

– Największa grupa moich pacjentów to osoby w wieku 30 – 40 lat, jednak zdarza się, że młodzi ludzie przyprowadzają do mnie rodziców, by wspomóc ich walkę z różnymi chorobami. Bo wiemy, że na pewne schorzenia mamy wpływ i dieta gra tu jedną z głównych ról. Taką chorobą jest, na przykład, cukrzyca typu II. Jeśli przychodzą do mnie osoby 50+, to są to głównie kobiety. Mężczyźni bywają przyprowadzani „na siłę”, to znaczy przez partnerki. Już w wieku 40 – 50 lat potrafią mieć bardzo wysoki cholesterol, który może prowadzić do zawału serca. Do tego dochodzi też stres, bardzo niebezpieczny w połączeniu z chorobami metabolicznymi, między innymi właśnie z cukrzycą. Trudno mi powiedzieć, czy osoby starsze o siebie dbają… Mam wrażenie, że mogłyby bardziej.

– Co dzieje się z organizmem człowieka po pięćdziesiątce?

– Należy pamiętać, że starzejemy się już od chwili narodzin. Organizm przechodzi wiele przemian na poziomie komórkowym, tkankowym do końca swoich dni. To bardzo długi i skomplikowany proces, niezależny od nas. Nie wynaleziono jeszcze leku na starzenie się, ale mamy realny wpływ na to, aby zadbać o nasz organizm, tak aby jak najdłużej był w dobrej formie. Z wiekiem metabolizm zwalnia, dlatego trzeba pamiętać, że po pięćdziesiątce potrzebujemy zdecydowanie mniej energii. Problem polega na tym, że zazwyczaj jemy tyle samo, ile w młodości, co w konsekwencji bardzo często prowadzi do nadwagi i otyłości. Nie poruszamy się tak szybko jak kiedyś, nie mamy tyle obowiązków co trzydzieści lat wcześniej, kiedy biegaliśmy za swoimi dziećmi. Często zwolnienie metaboliczne jest efektem zmienionej gospodarki hormonalnej: pojawiają się zaburzenia, na przykład nadczynność tarczycy, jej niedoczynność, hashimoto. Poza tym pogarsza się perystaltyka jelit, a działanie enzymów trawiennych jest dużo słabsze. I bywa, że osoby, które chcą się zdrowo odżywiać – jeść dużo warzyw, błonnika – nie mogą tego robić, bo ich enzymy trawienne sobie nie radzą. Błonnik albo zalega, albo powoduje przyspieszenie perystaltyki jelit i reakcje biegunkowe lub wzdęcia. Kolejny problem u osób dojrzałych, szczególnie kobiet, to kłopoty z mięśniami dna miednicy, po prostu z trzymaniem moczu. Wiele kobiet ogranicza wtedy ilość płynów, a ich niedobór wpływa na pracę całego organizmu, różne metaboliczne przemiany. Starzenie się komórek sprawia też, że pojawia się wiotkość skóry. Dlatego tak ważne jest odpowiednie nawadnianie organizmu i jedzenie warzyw bogatych w witaminy C i E oraz ryb bogatych w kwasy omega-3. Osobnym tematem jest osteoporoza, dotykająca głównie kobiety w okresie menopauzalnym. Aby mieć zdrowe kości, należy zwrócić uwagę na odpowiednią ilość wapnia, z produktów nabiałowych, ale też z roślinnych. Osobom z osteoporozą zalecam specjalne wody z wysoką zawartością wapnia, który łatwo można w ten sposób uzupełnić, jednocześnie nawadniając organizm.

– Mam pięćdziesiąt osiem lat. Dotąd nie myślałam zbyt wiele o zdrowym stylu życia. Ważę 60 kg, czyli jestem przeciętną kobietą z nadwagą. Czuję, że pora to zmienić. Od czego zacząć? Czy da się opracować coś w rodzaju harmonogramu przemiany?

– Moje ulubione słowo to plan, bo jest to fundament każdej długodystansowej zmiany. Zacznijmy od zważenia się i konsultacji z dietetykiem – doradzi ile możemy jeść, żeby utrzymać obecną masę ciała. Na tej podstawie dietetyk ustali racjonalny i bezpieczny deficyt energetyczny, który pozwoli nam zrzucić te kilka kilogramów. Zdrowe tempo chudnięcia u dojrzałych osób to około pół kilograma na tydzień, nie więcej. Zbyt szybka utrata masy ciała ma zły wpływ na nasz metabolizm oraz na jakość skóry i mięśni. Przeanalizujmy codzienny jadłospis, oceńmy, jak bardzo angażujemy się w przygotowywanie posiłków; czy traktujemy jedzenie emocjonalnie, czy jako coś nieistotnego. Często nie zastanawiamy się nad tym, co jemy i czy w ogóle mamy coś do jedzenia na następny dzień. W tym procesie zmian ważne jest, żeby wiedzieć, co w ciągu najbliższych dni będziemy jeść. Jeśli nie mamy nic w lodówce, a przyszła pora na posiłek, to z głodu najczęściej sięgamy po coś słodkiego lub zamawiamy fast food. Z mojego doświadczenia wynika, że żyjemy w świecie kanapek, takiego prostego, wydawałoby się, szybkiego jedzenia. Nie mamy otwartości, a czasem odwagi na inne nowe smaki i połączenia. Ludziom brakuje pomysłów na posiłki – często wynika to z wyniesionych z domu nawyków żywieniowych, przyzwyczajeń, albo po prostu z lenistwa. Moim zadaniem jako dietetyka jest inspirować pacjentów do tego, żeby otworzyli się na nowe produkty i inne potrawy. Trzeba pamiętać jak ważne w codziennym odżywianiu jest urozmaicenie – tylko wtedy jesteśmy w stanie dostarczyć organizmowi odpowiednią ilość witamin i minerałów oraz dobrej jakości makroskładników.

– Co należy zawsze mieć w domu?

– Przygotowanie spiżarni jest ważną sprawą. W moich zapasach zawsze jest sos pomidorowy, puszki lub słoiki z ciecierzycą, soczewicą, oraz różne kasze, na przykład komosa ryżowa, która jest bogatym źródłem białka i żelaza, czy amarantus, ale też nasze zwykłe, polskie, na przykład gryczana, bogata w magnez, bulgur, czy pęczak. Czyli dobre dla naszego organizmu węglowodany złożone. Poza tym podstawowe warzywa: marchewka, pietruszka, cukinia, cebula – bez której nie umiem gotować, bo uważam, że zawsze cudownie podbije smak. Niezbędne w mojej kuchni są też jajka, orzechy, pestki i nasiona, które są źródłem dobrych tłuszczów. Zawsze można z tego coś fajnego wykombinować. Wcale nie trzeba jeść dużo mięsa. Badania dowodzą, że zbyt duża ilość mięsa, szczególnie czerwonego, przetworzonego, czyli wszechobecna na kanapkach wędlina czy parówki, zwiększa ryzyko wystąpienia nowotworów jelita grubego. Poza dobrze zaopatrzoną spiżarnią ważne są też podstawowe naczynia, które ułatwią i przyspieszą gotowanie. Przyda się blender – do miksowania zup, koktajli, past i domowego pesto, praktyczne pojemniki do zabrania posiłków do pracy, czy patelnia grillowa.

– Do smażenia bez tłuszczu?

– Bez, albo z małą ilością. Nie bójmy się tłuszczu. Jest niezbędny, szczególnie ten ze źródeł roślinnych. Dodany do warzyw, zwiększa przyswajanie witamin tłuszczorozpuszczalnych. Pamiętajmy o zapasie pestek słonecznika, dyni, różnych orzechach, czy awokado. Przy przygotowywaniu posiłków świetnie sprawdzą się też mrożonki, zarówno pojedyncze, jak i gotowe mieszanki warzyw. Zawsze możemy je poddusić, dodać ugotowaną kaszę, ciecierzycę, posypać natką pietruszki, bogatą w żelazo i witaminę C, uprażonymi pestkami, i mamy fajne szybkie danie.

– Jakie są nasze największe błędy żywieniowe?

– Przede wszystkim brak planu. Jadamy chaotycznie i nieregularnie, zazwyczaj rano pijemy kawę a potem jemy dwa duże posiłki w dłuuugich odstępach czasu, co również nasila wilczy głód i późniejsze objadanie się. Mało urozmaicamy i nie zastanawiamy się, co zdrowego możemy zjeść w kolejnych kilku dniach. Królują najprostsze kanapki z białego pieczywa, brak ciepłych posiłków, wędliny, dużo mięsa, fast food i jedzenie dopiero kiedy mamy napad głodu. Złe jest też chodzenie na zakupy kiedy jesteśmy głodni. Kupujemy wtedy kompulsywnie produkty, na które w tym momencie mamy ochotę. Często są nieprzemyślane, kupowane w nadmiarze. Potem ich nie zjadamy i wyrzucamy, bo minęła data ważności. Pomyślmy o tym, ze względów ekonomicznych oraz środowiskowych. Eksploatujemy naszą planetę tak mocno, że może czas się zatrzymać. Zatem planujmy. W ten sposób zadbamy o siebie, o planetę, a także o portfel.

– Istnieją dziesiątki różnych „cudownych” diet, które mają nas odchudzić, uzdrowić czy oczyścić z toksyn. Co Pani o nich myśli?

– Według mnie to jest po prostu bardzo dobry, ogólnoświatowy biznes. Owszem, zależy nam na dobrym wyglądzie i często szukamy szybkich, spektakularnych rozwiązań. Jednak trzeba zdać sobie sprawę, że nie istnieją cudowne diety, tak jak nie ma jednego sposobu odżywiania dla wszystkich, albo diety opartej na jednym cudownym i uzdrawiającym produkcie czy makroskładniku, na przykład modne ostatnio diety wysokobiałkowe czy wysokotłuszczowe. Konsekwencje takich diet bywają nieprzewidywalne, a czasem niebezpieczne. Diety te obciążają nerki, wątrobę, mogą być punktem zapalnym dla innych schorzeń, możemy sobie po prostu zrobić krzywdę. Jestem jak najdalsza od eksperymentowania na własnym organizmie. Pamiętajmy: mamy tylko jedno zdrowie dane na całe życie i dbajmy o nie jak najlepiej! Najbardziej śmieszą mnie mody na różnego rodzaju detoksy. Jakby nasz organizm gromadził tak niebywałą ilość toksyn, że trzeba mu jakoś specjalnie pomagać w oczyszczaniu. Przeciwnie, nasze ciało jest tak zbudowane, że świetnie sobie radzi z substancjami niepożądanymi. Nie mówię o sytuacjach szczególnych, na przykład o zatruciu metalami ciężkimi. Tu potrzebna jest interwencja medyczna. Natomiast z każdych innych toksyn, produktów przemiany materii, organizm jest w stanie sam się oczyścić: przez prawidłową perystaltykę jelit, nerki, płuca, czy zwykłe pocenie się. Wystarczy zadbać o właściwe odżywienie, odpowiednią ilość płynów i błonnika oraz aktywność fizyczną. Wydawałoby się, że to nic nadzwyczajnego, ale okazuje się, że niezwykle trudne do wprowadzenia w życie. Z mojego doświadczenia wynika, że pogoń za szybkim efektem, w krótkim czasie, jest ekscytująca, ale zawsze kończy się tak samo – efektem jojo. Po schudnięciu pojawia się euforia, ale kiedy wracamy do „normalnego” jedzenia – bo przecież nikt nie jest w stanie wytrzymać długo na restrykcyjnych dietach – tyjemy i pojawia się frustracja.

– A gluten i laktoza? Podobno zaledwie dwa procent populacji nie toleruje tych składników. Skąd więc taka popularność tego trendu?

– Trzeba podkreślić, że z wiekiem enzym laktaza, rozkładający cukier mleczny czyli laktozę, może u osób starszych nie wytwarzać się w takiej ilości jak u młodych. Dlatego jeżeli po mleku czy twarogu czujemy dyskomfort w jelitach, biegunki, czy bóle brzucha, trzeba te wysokolaktozowe produkty eliminować.
Jeżeli zaś chodzi o gluten, to jedynie osoby z celiakią bezwzględnie muszą go unikać. Cała reszta robi to podążając za wykreowanym trendem. Istnieje pogląd, że gluten może powodować ból głowy, wysypki i inne objawy. Jest to stosunkowo świeży temat, naukowcy na razie nie formułują jednoznacznych wniosków. Tymczasem badania potwierdziły, że osoby, które są na długotrwałych dietach bezglutenowych, częściej chorują na cukrzycę typu II. Może to być związane również z tym, że rezygnują z dobrych źródeł węglowodanów czyli zbóż – wartościowego pieczywa z pełnego przemiału czy kasz glutenowych, bogatych w błonnik, i zaczynają jeść więcej jedzenia przetworzonego. Rynek też wyszedł naprzeciw tej modzie. Produkuje się, na przykład, chleb kukurydziano-jaglany, w którym jest bardzo mało błonnika, a dużo substancji dodatkowych, konserwujących. Ogólnie mówiąc, unikanie glutenu i laktozy to w wielu przypadkach niepotrzebna moda i zawracanie głowy. Media kreują potrzeby, świat tworzy produkt i chce go sprzedać, więc trzeba stworzyć o tym opowieść. Mam jednak wrażenie, że, na szczęście, ten trend już mija. Wynika to z potrzeby szukania wiedzy potwierdzonej naukowo. We wszystkim trzeba znaleźć złoty środek, umiar. Jesteśmy przecież na tym świecie po to, by być szczęśliwymi, po prostu, i chodzi o to, żeby w kuchni też umieć to szczęście znaleźć. Kiedy rozmawiam z pacjentami, mówię o dobrych relacjach z jedzeniem. Bo często kwestię odżywiania niepotrzebnie wyolbrzymiamy, tworzymy zasady: to jedz, tego nie jedz, to jest dobre, to jest niedobre… Nie podoba mi się to, bo wywołuje niekorzystne skojarzenia: jedzenie – przyjemność, jedzenie – coś złego. Zjedzenie ciastka przy kawie i w dobrym towarzystwie powoduje czasem wyrzuty sumienia przez tydzień, niepotrzebnie.

– A alkohol, kawa… Nie chcę rezygnować z wina. Mogę czuć się usprawiedliwiona?

– Tak, wino jest dla ludzi, tylko i tu trzeba zachować umiar. Odchudzanie, proces zmiany nie powinien być zero-jedynkowy. Nie ma idealnego życia, zawsze zdarzają się potknięcia. I tak ma być. Tylko nie chodzi o to, że od czasu do czasu odżywiamy się dobrze, a cała reszta to folgowanie. Odwrotnie: osiemdziesiąt procent niech będzie zdrowo, świeżo i regularnie, a te dwadzieścia procent – jeżeli zdarzy się winko, pizza, czy ciastko – to nic się nie stanie. Możemy też ułatwić sobie życie kupując gotowe produkty o dobrym składzie, dlatego czytajmy etykiety. Ostatnio odkryłam pasteryzowane buraki. Nie gotuję ani nie piekę surowych godzinami. Poza wodą i solą nic w tych gotowych nie ma, więc czemu nie skorzystać. Żeby dobrze się odżywiać, nie trzeba wciąż stać w kuchni, mierzyć i ważyć, można inaczej.

– Trwa pandemia covid-19. Czy można uodpornić się na wirusy poprzez dietę?

– Odporność powinno się budować cały rok. Nie należy ulegać tendencji do faszerowania się suplementami przed zimą czy na wypadek infekcji. Ważne są witaminy D i C, kwasy omega-3, cynk, żelazo i selen. Jeśli na co dzień jemy „80/20” i spożywamy dużo naturalnych produktów, głównie warzyw i owoców, to przyswajamy dużo więcej witamin niż z suplementów. Warto pamiętać o kiszonkach, ponieważ są źródłem probiotyków, czyli dobrych bakterii wspierających pracę jelit. Zdrowe jelita, prawidłowa mikrobiota jelitowa to zdrowy organizm, wystarczająco silny, by walczyć z wirusami. Pamiętajmy też, że drastyczne, rygorystyczne czy monotonne diety mogą wpłynąć niekorzystnie na naszą odporność, dlatego odpowiedni dowóz pełnowartościowego białka jest równie istotny. Znajdziemy je nie tylko w mięsie, ale też w rybach, nabiale, jajach, tofu i innych przetworach sojowych, orzechach, zbożach czy strączkach. Dobrze urozmaicona dieta dostarczy też wzmacniającego cynku – jest obecny w strączkach, zbożach, nasionach, mięsie, rybach czy jajkach. Selenu dostarczą orzechy, zboża, ryby, krewetki, nasiona słonecznika. Trzeba też wspomnieć o kwasach omega-3, które znajdziemy w rybach, takich jak makrela czy dobrej jakości łosoś. Cudownym superfood będzie także natka pietruszki, która świetnie wzmocni odporność, bo zawiera kompleks – witaminę C i żelazo. Ostatnio w świecie nauki coraz więcej mówi się o korzystnym wpływie witaminy D w kontekście koronawirusa, dlatego ważne jest, by osoby starsze pamiętały o dodatkowej suplementacji witaminą D w skonsultowanej przez lekarza dawce, przez cały rok, a nie tylko jesienią i zimą.

– Czyli podsumowując – urozmaicenie i zdrowy rozsądek?

– Tak. Ode mnie nic szokującego pani nie usłyszy. Zdrowy rozsądek działa zawsze, nie przemija, jak mody na diety. Ważne, by być w zgodzie z ideą mindfulness: współgrajmy z naszym organizmem, słuchajmy siebie. Ale też pracujmy nad sobą, nie idźmy na łatwiznę, planujmy nasze jedzenie, pamiętajmy o umiarze, włączmy zdrowy rozsądek. Dbajmy o dobry sen i uczmy się odreagowywać stresy dnia codziennego. Żyjmy szczęśliwie i opiekujmy się sobą, tak jak byśmy zajmowali się najukochańszym dzieckiem.

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

Zapraszamy do Poradni Dietosfera w Warszawie, al. Jana Pawła II 80/B1 i na   www.dietosfera.pl

Rozmowa z profesor Marią Siemionow – mikrochirurgiem, transplantologiem

Profesor Maria Siemionow

Mikrochirurg, transplantolog. Profesor Ortopedii na Uniwersytecie Illinois w Chicago w Stanach Zjednoczonych

Autorytet i sława medycznego świata.

W 2008 roku dokonała pierwszej w USA udanej operacji transplantacji twarzy. W wyniku dwudziestodwugodzinnej operacji ośmioosobowy zespół pod jej kierunkiem przeszczepił kobiecie będącej ofiarą postrzelenia około 80 procent powierzchni twarzy pochodzącej od zmarłej kobiety. Żaden z poprzednich przeszczepów nie obejmował tak rozległego obszaru twarzy. Przeszczep wymagał połączenia licznych kości, mięśni, nerwów i naczyń krwionośnych. Pacjentka odzyskała utraconą szczękę, podniebienie, górną wargę, policzki, nos i powiekę dolną. Znów mogła samodzielnie oddychać, mówić i jeść. Przygotowania do tego przedsięwzięcia trwały dwadzieścia lat. Niezwykle trudno było uzyskać zgodę komitetu bioetycznego. Zespół profesor Siemionow jako pierwszy na świecie otrzymał tę zgodę.

Profesor Siemionow jest autorką licznych prac naukowych publikowanych w prestiżowych pismach medycznych.

Lekarka, naukowiec i kobieta biznesu. Bada komórki chimeryczne, które być może zastąpią immunosupresanty, dotąd niezbędne po transplantacji, a niezwykle szkodliwe. Badania potwierdziły skuteczność komórek chimerycznych także w walce z dystrofią mięśniową Duchenne’a. Aby wprowadzić do klinik terapię komórkami chimerycznymi, profesor założyła biotechnologiczną spółkę Dystrogen. Technologia Dystrogenu jest uniwersalna i obejmuje większą grupę pacjentów z dystrofiami mięśniowymi niż rozwiązania proponowane przez innych badaczy. Komórki chimeryczne powstają poprzez pobranie odpowiednich elementów komórki dawcy i otoczenie ich komórką biorcy, tak by organizm rozpoznał ją jako swoją. Dzięki temu możliwa jest produkcja dystrofiny – białka, którego brak prowadzi do zaniku mięśni. Dystrogen nie jest pierwszym startupem założonym przez Marię Siemionow. Pracując w Cleveland Clinic profesor założyła wraz z partnerami firmę Tolera Therapeutics, która pracowała nad preparatem wspomagającym transplantacje.

W USA profesor Siemionow opracowała aż cztery terapie, które zostały objęte ochroną patentową, między innymi terapię regenerującą nerwy kończyn lub twarzy.

Za wybitne osiągnięcia w dziedzinie chirurgii plastycznej i za zasługi w pracy naukowej profesor Maria Siemionow została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Jest także Doktorem Honoris Causa macierzystej uczelni w Poznaniu, a także Honorowym Obywatelem Poznania oraz Krotoszyna, skąd pochodzi.

Otrzymała też Perłę Honorową Polskiej Gospodarki w kategorii nauka, przyznawaną przez redakcję Polish Market.

Zna pięć języków.

 

 

– Jaką dziewczynką Pani była?

 

– Energiczną. Zawsze miałam mnóstwo pomysłów. Na przykład w pierwszej klasie szkoły podstawowej upierałam się, że wygram Wyścig Pokoju. Młode pokolenie pewnie nie wie, co to było. To gigantyczna międzynarodowa impreza kolarska, wielki wyścig sportowców z „krajów demokracji ludowej” po tychże krajach. W tamtych czasach to było coś, czym wszyscy żyli. Zmagania peletonów, ucieczki liderów, kolejne etapy – w mediach nie było wtedy nic ważniejszego. Wiedziałam, że to jest coś fantastycznego, że wszyscy o tym mówią, i postanowiłam, że też kiedyś coś takiego zrobię. Omawiałam mój plan z koleżanką Basią, ale nie wierzyła. Może to w jakiś sposób określa moją osobowość.

 

– Szukała Pani wyzwań?

 

– Może nie szukałam, ale każde potencjalne wyzwanie było dla mnie po prostu sprawą do załatwienia. Nie widziałam problemów, nawet w trudnych sytuacjach, czy to w szkole, czy na studiach, czy później w życiu zawodowym. Jako młoda lekarka, jeszcze asystentka, pierwsza oceniałam mikrorobota z NASA, z Jet Propulsion Laboratories (Pasadena, Kalifornia , który był przygotowywany do wykorzystania w przestrzeni kosmicznej. To niebywałe, maleńkie urządzenie miało też pomagać mikrochirurgom, czyli chirurgom, którzy pracują pod mikroskopem, w łączeniu małych tętnic, żył, czy nerwów. To było wiele lat przed tym dużym i ogólnie znanym wydarzeniem z 2008 roku, jakim był przeszczep niemal całej twarzy.

 

– Wyjechała pani do Stanów Zjednoczonych ze względu na lepsze możliwości zawodowe, naukowe?

 

– Tak, przyjechałam do Stanów Zjednoczonych na fellowship, to jest na roczny pobyt w najbardziej znanym w tamtym okresie Instytucie Chirurgii Ręki i Mikrochirurgii (Christine M. Kleinert Institute for Hand and Microsurgery) w Louisville i spędziłam rok ucząc się zabiegów mikrochirurgicznych. Pracowaliśmy od szóstej rano do dwudziestej trzeciej czy czwartej. W rolniczym stanie Kentucky było mnóstwo wypadków przy maszynach rolniczych. Bez przerwy przywożono do nas ludzi z uciętymi palcami, rękami, czy nogami. I my te kończyny po nocach przyszywaliśmy. Dla mnie była to świetna możliwość nauczenia się mikrochirurgii i replantacji, czyli transplantacji własnych części ciała.

 

– Jeśli chodzi o transplantację twarzy sprzed dwunastu lat, czy spodziewała się pani, że lata pracy doprowadzą panią do takiego spektakularnego wydarzenia?

 

– Trudno przewidzieć, co będziemy robili za dwadzieścia lat, ale podjęcie decyzji, żeby pracować na modelu zwierzęcym, a także na zwłokach ludzkich, wykonywać transplantacje twarzy u szczura lub zmarłego człowieka sprawiło, że potem mogłam dobrze przygotować zespół chirurgiczny do pracy z pacjentem. Te lata były nie tylko przygotowaniem do technicznych aspektów transplantacji. Bardzo interesowałam się też lekami immunosupresyjnymi, które każdy pacjent po przeszczepie musi brać, mimo, że są bardzo obciążające. Moim celem było wprowadzenie nowych technologii, które będą oszczędzały biorcę niekonwencjonalnego transplantu, jakim jest transplant twarzy. Bez nerki można żyć, na dializach, ale co to za życie. Ludzie mówią, że bez twarzy można. Teoretycznie tak, ale też, co to za życie. Istniało wiele wątpliwości natury bioetycznej, media o tym dużo pisały, odczucia społeczne też były ambiwalentne. Bo wydawało się, że jeżeli ktoś ma dostać nową twarz i do końca życia brać leki przeciwko jej odrzuceniu, co może skrócić jego życie, a to zdrowy człowiek, to po co. Łatwo powiedzieć nam, zdrowym, że OK, bez twarzy można żyć. Jednak osoba, która jej nie ma, przeżywa katusze. Dla niej wyjście z domu jest prawie niemożliwe, bo ludzie się gapią, pokazują palcami, odwracają wzrok, wyzywają… Trzeba wejść w cudzą skórę, żeby rozumieć, że to nie jest tylko estetyka, ale funkcjonowanie.

 

– Przeszczep wymagał połączenia kości, mięśni, nerwów, nie było żuchwy, podniebienia… skala tej operacji, jej trudność była bez precedensu.

 

– Potem prowadziłam jeszcze dwie operacje pełnego przeszczepu twarzy. W roku 2014 to był mężczyzna. A potem, w roku 2017 była najmłodsza nasza pacjentka: młoda dziewczyna, osiemnastolatka, która chciała popełnić samobójstwo i strzeliła sobie w twarz. Magazyn National Geographic poświęcił jej wtedy cały numer. Obserwowali ją od samego początku, przed operacją, po operacji, pisali, jak sobie radzi.

 

– Powiedziała pani, że odpowiedzialność za przeszczep jest obustronna, to znaczy dotyczy lekarza, ale i pacjenta. W jakim sensie?

 

– W każdej relacji pacjent – lekarz najważniejsze jest zaufanie. Pacjent musi wierzyć, że lekarz chce dla niego jak najlepiej. W dzisiejszej medycynie, gdzie wszyscy się spieszymy, czasami jest to prawie niewykonalne. Niezmiernie ważne jest to, że leki, które pacjent musi brać, te przeciwko odrzuceniu przeszczepu, w zasadzie decydują o tym, czy organ będzie utrzymany czy odrzucony. Jeżeli, nie ufając lekarzowi, pacjent przestałby brać leki, to miałby odrzut i znalazłby się w jeszcze gorszej sytuacji niż przed przeszczepem. Te leki dają bardzo dużo uciążliwych objawów ubocznych, takich jak bóle głowy, stawów, nudności, złe samopoczucie, spadek odporności. Dlatego pacjent musi wierzyć lekarzowi, że, mimo wszystko, chce on jego dobra. Lekarz zaś musi ufać, że pacjent go słucha i rozumie powagę sytuacji. Jeżeli pacjent przychodzi po trzech miesiącach na wizytę i lekarz zauważa, że część twarzy ma objawy, które mogą wskazywać na odrzut, to pyta, czy pacjent cały czas brał leki. Jeśli pacjent powie, że czasami nie brał, to wiadomo, że to nie jest nowy  problem immunologiczny, tylko odrzut następuje z powodu niesubordynacji pacjenta. Jeżeli natomiast pacjent brał leki codziennie, jak pacierz, a mimo to jest odrzut, to trzeba zrobić mnóstwo testów immunologicznych, zdecydować, czy nie zwiększyć dawki leku, czy potrzebne są jeszcze jakieś inne interwencje. Jeśli zaś pacjent powie na przykład, że co drugi weekend nie brał, to wtedy powiem, że skończy się tak, że nie będzie miał twarzy i że nie będziemy się widywać. Wtedy wiem, że nie muszę wykonywać żadnych kosztownych testów. Właśnie dlatego, cały czas pracuję nad nowymi terapiami komórkowymi, które, mam nadzieję, kiedyś zastąpią leki immunosupresyjne.

 

– Co to osiągniecie zmieniło w pani zawodowym życiu?

 

– Zmieniło dużo. Spotkało się z ogromnym zainteresowaniem wśród kolegów, odbiło się głośnym echem w mediach, w świecie akademickim i naukowym. Razem ze mną śledzono losy pacjentki po transplantacji. To jeszcze bardziej mnie motywowało do prowadzenia badań nad terapiami komórkowymi wspomagającymi przeszczep bez występowania objawów ubocznych. Więcej czasu spędzałam na przygotowywaniu wykładów. Bardzo dużo jeździłam po świecie, co było przyjemne, ale też męczące. Jednego dnia byłam w Warszawie czy Poznaniu, a następnego w Seulu, Cleveland lub w Chicago. To wymagało ogromnej energii. Wykłady trzeba przygotowywać bardzo solidnie, bo ludzie, którzy na nie zapraszają, są bardzo wymagający, mają dużą wiedzę i zadają trudne pytania.

 

– Jak pani godzi pracę lekarza z prowadzeniem badań naukowych?

 

– To kwestia logistyki, przygotowania zespołu, który pracuje w laboratorium. Jeżeli poprawnie  przygotuje się plan badania, określi, jakie są jego cele, co jest najważniejsze, kiedy nie brakuje pieniędzy z grantów i jest dobry zespół, taki jak osoby, z którymi obecnie pracuję, młodzi naukowcy z Polski; kiedy wszystko jest dobrze ustawione, a ludzie, którzy wykonują przygotowane przeze mnie badania, wiedzą, co mają robić, i są entuzjastyczni, to kolejne etapy badan można wykonać prawidłowo.

 

– Powiedziała Pani kiedyś, że wojny napędzają rozwój medycyny.

 

– Niestety tak. Na przykład podczas I wojny światowej, ze względu na charakter tej wojny, na wybuchające w okopach bomby, bardzo wielu żołnierzy miało zdeformowane twarze. W tamtym okresie w Wielkiej Brytanii przeprowadzono badania dotyczące odrzucenia przeszczepu skóry. Leczono tych młodych żołnierzy poprzez pobieranie ich skóry, na przykład z uda, żeby pokryć blizny na twarzy. Okazało, że skóra własna nie jest odrzucana. Kiedy własnej skóry nie wystarczało, i pobierano, na przykład, skórę brata albo kolegi, to następował odrzut. Z tego okresu pochodzą najlepsze badania, które pokazują, co trzeba zrobić, żeby skóra została zaakceptowana. Było to bardzo ważnym przyczynkiem do zrozumienia immunologii bardzo specyficznego organu jakim jest twarz.

 

– Jak wygląda pani zwykły dzień?

 

–  Od ponad roku nie mamy zwykłych dni. Codziennie dzieją się rzeczy, których kiedyś nie spodziewaliśmy się. No ale pracujemy. Prowadzę badania w szpitalu, kilka razy w tygodniu widuję pacjentów, którzy wymagają operacji, operuję. Poza tym mam bardzo duże laboratorium na terenie kampusu uniwersyteckiego, gdzie spotykam się z rezydentami, fellow’ami czy stypendystami z Polski. Omawiamy doświadczenia na najbliższe dni, granty na przedłużenie badań czy na nowe projekty. Jeśli nie operuję i nie jestem w poradni, to piszę wnioski o granty, a także przygotowuję publikacje do różnych  pism naukowych. Oczywiście bardzo pomagają mi współpracownicy, choćby poprzez przygotowywanie tabel, zdjęć, wykresów. Jednak cała merytoryczna praca, opis oraz interpretacja wyników naszych badań  naukowych należy do mnie. Od siódmej rano do dwudziestej czwartej jestem zajęta. Dzień ma zwykle dwadzieścia cztery godziny, ale mój ma czasami znacznie więcej. Nieraz myślę, że w jednym życiu przeżyłam co najmniej dwa życia – tyle się wydarzyło, tylu wychowałam młodych lekarzy czy naukowców: około dwustu, w tym niemal sześćdziesięcioro z Polski. Moje życie jest dynamiczne, intensywne, ciekawe. Co prawda wcześniej było bardziej ruchliwe, a teraz się „zzoomowało”.

 

– Mówi pani, że w gruncie rzeczy nigdy nie wyemigrowała.

 

– W Polsce nie byłam od 2019 roku, wcześniej jeździłam częściej, czy to na wykłady czy na urlop. Lubię polskie morze i góry. Mimo, że podróży nie ma, część wykładów prowadzę nadal, przez internet. W przyszłym tygodniu mam spotkanie z młodymi polskimi lekarzami tu w Chicago. Bardzo chcą zostać w Stanach. Mam im podpowiedzieć, co zrobić, aby utrzymać się na tym trudnym amerykańskim rynku.

 

– Skąd w Pani ta moc, ta siła?

 

– No przecież zawsze chciałam wygrać Wyścig Pokoju… Po latach, kiedy już byłam dojrzałą lekarką, i przypadkiem spojrzałam na zdjęcia z Wyścigu, to dotarło do mnie, że tam w ogóle nie było kobiet. Może to właśnie świadczy o tym, że ja nigdzie nie widzę żadnych przeszkód. Stymuluje mnie coś, co jest wyzwaniem, ale rozsądnym. Czy, na przykład, weszłabym na wieżowiec? Nie, nie weszłabym, bo jaki to ma sens?

 

– Myśli pani o Noblu?

 

– To byłoby nieskromne. Po pierwsze, jest to nominacja, po drugie, komuś musi na tym zależeć, po trzecie jest w tym dużo polityki, po czwarte nawet w przypadku wybitnych polskich naukowców takich, jak, na przykład, profesor Hilary Koprowski, który wynalazł szczepionkę przeciwko polio, nie było nominacji do nagrody Nobla . Zatem o Noblu nie myślę. Natomiast miałam przyjemność w miarę dobrze poznać dwoje noblistów. Pierwsza osoba to Rita Levi-Montalcini, Włoszka, która odkryła nerve growth  factor, czyli czynnik  odpowiadający za wzrost i regenerację nerwów. Miała już wtedy dziewięćdziesiąt trzy lata, a jeszcze dawała wykład. Potem było małe spotkanie, kolacja – to było fantastyczne. Nie miała rodziny, całe życie poświęciła nauce. Drugim noblistą, z którym miałam przyjemność widzieć się wielokrotnie, był profesor Joseph Murray, który otrzymał Nagrodę Nobla w 1954 roku za pierwszy przeszczep nerek. Profesor był bardzo zainteresowany moimi badaniami, między innymi terapią komórek chimerycznych, a także samą transplantacją twarzy. Zmarł niedawno, też w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat. To już coś, prawda, znaleźć się tak blisko Nobla?

 

– Jest pani też kobietą biznesu, można powiedzieć. Zakładała pani startupy, dzięki którym wprowadzała nowe terapie.

 

– Po co wykonywać te wszystkie badania, jeżeli mają zostać w publikacjach czy na półkach w książkach? Naszym najważniejszym celem jako lekarzy jest, zgodnie z przysięgą Hipokratesa, „po pierwsze nie szkodzić”. Jeśli się nie szkodzi, pomaga i ma zainteresowania naukowe, jeśli tworzy się nowe terapie i ma możliwości wprowadzać je do kliniki, by poprawić jakość życia pacjentów – to jest to najlepsze, co może być udziałem lekarza-naukowca.

 

– Chciałabym zapytać o sprawy polskie. Nas, pokolenie mocy, power generation, łączy między innymi to, że młodość przeżywaliśmy w PRL, za komuny, a teraz żyjemy w rzeczywistości wolnorynkowej. Czy, według pani, jakoś to nas ukształtowało?

 

– Pomimo wad i braków tamtej Polski, nigdy się w niej nie czułam źle. Co prawda cierpieliśmy z powodu braku wolności, tego, że nie można było wyjechać za granicę dalej niż do NRD czy Bułgarii. Było dużo innych ograniczeń, ale myślę, że to nas wzmocniło. Wiedzieliśmy, że istnieje inny świat i że trzeba robić wszystko, żeby pokonać to, co wtedy zdawało się nie do pokonania. Jako pokolenie byliśmy mentalnie, intelektualnie przygotowani do walki z niesprawiedliwościami.

 

– Czy jest coś, czego się pani obawia?

 

– Obawiam się tego, jak ten czas nieprzewidywalnej i dewastującej pandemii wpłynie na młode pokolenie. Bo widzę, jak bardzo cierpi z powodu braku możliwości chodzenia do szkoły, jak to je frustruje. Całe pokolenie, na całym świecie, od dzieci w przedszkolu po studentów, praktycznie zostało pozbawione kontaktu z drugim człowiekiem. Obawiam się, jakie to będzie miało implikacje na następne pokolenia, i że będą one nieodwracalne. Widzę u mojego wnuka Alexa, że on ma jakby dwa życia: jedno w komputerze, a drugie po jego wyłączeniu.

 

– Ile czasu potrwa pandemia?

 

– Nie chciałabym się wypowiadać, bo wielu ekspertów w tej dziedzinie to robi. Jednak nawet ich przewidywania mijają się z rzeczywistością. Mówię to z przykrością i lękiem, bo to jest wirus, nad którym nikt nie ma kontroli. Nikt nie wie, jak on się zachowa w przyszłości i jakie będą tego konsekwencje. W ciągu kilku miesięcy całkiem zmienił nam świat.

 

Rozmawiała Joanna Pogorzelska

Julian Gozdowski – król Polany Jakuszyckiej

Człowiek legenda. Biegowi Piastów w Jakuszycach poświęcił życie. Osiemdziesięciolatek jest wzorem i inspiracją dla pokoleń sportowców.

„Najsłynniejsi ludzie śniegu? Yeti i Julian Gozdowski”, tak napisała o nim Gazeta Wrocławska. Podczas gdy Yeti jest zagadką, Juliana Gozdowskiego znają miliony. Dziś osiemdziesięciosześcioletni legendarny twórca słynnej na cały świat imprezy narciarskiej Bieg Piastów, komandor Biegu, prezes Stowarzyszenia Bieg Piastów, dobry duch Polany Jakuszyckiej czyli biegowego centrum świata koło Szklarskiej Poręby, jeszcze niedawno był aktywny. Przez całe swoje pracowite życie organizował, doradzał i załatwiał to, czego nikt inny nie potrafił.

Urodzony w1935 roku w Czortkowie (dziś Ukraina), o nartach zaczął marzyć już jako siedmiolatek. Tak wspomina dzieciństwo: „Z okna mojego domu na zielonym Podolu miałem widok na Górę Jurczyńskiego. Lubiłem się jej przyglądać, wiosną, latem, jesienią, ale tak naprawdę fascynowała mnie zimą. Cała w bieli, jej ogrom (oczywiście tylko moje małe oczy tak ją widziały) sprawiał, że stale marzyłem, aby z niej zjechać na nartach. Moje sny zaczęły się spełniać, gdy osiągnąłem wiek szkolny. Trwała wówczas straszliwa wojna, w której zaginął gdzieś w świecie mój ojciec. Właśnie podczas wojennego kataklizmu zrealizowałem swoje marzenie. Był rok 1943, Niemcy w panice wycofywali się ze wschodu po klęsce pod Stalingradem. Jeden z żołnierzy Wehrmachtu zgubił nartę. Ukryłem ją jak drogocenny skarb i, gdy wkroczyli Rosjanie, zjechałem na tej jednej narcie z Góry Jurczyńskiego! Trochę na niej potem szalałem, z dużo niższej Wygnanki zjechałem kilka razy.”

Przed wojną ojciec Juliana pracował w starostwie powiatowym, a mama zajmowała się domem. W 1945 roku rodzina stanęła przed wyborem: obywatelstwo Związku Radzieckiego albo przesiedlenie. Cała rodzina głosowała, łącznie z Julkiem. Jednogłośnie wybrali wyjazd do Polski. W wagonie towarowym przyjechali na Dolny Śląsk, do Sobieszowa. Po wojnie Julek długimi miesiącami nie widział ojca. Senior Gozdowski trafił do armii generała Andersa, walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. W 1945 roku miał wypadek samochodowy, złamał mostek i żebra. Wtedy był to bardzo poważny uraz. Pan Gozdowski dwa lata leczył się w Szkocji, zanim wrócił do swoich.

Julek zawsze był ambitny. Biegał po okolicy na nartach z MKS Karkonosze Jelenia Góra i, choć chorowity, marzył o medalu olimpijskim. Zapalenie płuc sprawiło, że musiał z niego zrezygnować, jednak ze studiów w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego we Wrocławiu (obecnie AWF) rezygnować nie zamierzał. Obowiązywał wtedy nakaz pracy. Julian odpracował trzy lata i na studia zdał. Po dyplomie został kierownikiem sekcji narciarskiej na uczelni i nauczycielem wychowania fizycznego w szkole. Dopiero w latach sześćdziesiątych odszedł ze szkolnictwa i objął kierownictwo Wydziału Kultury Fizycznej Urzędu Wojewódzkiego w Jeleniej Górze.

Nie był pierwszy w Jakuszycach, przyznaje. Przed nim pojawił się tam Jerzy Lechowicz, następnie Walter Judka, Bogdan Henśl, Tadeusz Jankowski i Włodzimierz Paszkiewicz. Biegały tam też takie sławy jak Bronisław Haczkiewicz czy Zbigniew Lipiński. Po wojnie, aby dostać się na Polanę Jakuszycką, trzeba było mieć przepustkę Wojsk Ochrony Pogranicza. Południowe rubieże Polski nie były w tym czasie bezpieczne. Po ustaleniu granic Czesi czuli się skrzywdzeni, dochodziło do groźnych incydentów, niejeden raz słychać było strzały.

Julian Gozdowski tak wspomina czas, kiedy był trenerem: „Serce mnie bolało na widok moich podopiecznych, a także innych biegaczy. Byli bardzo biednymi krewnymi alpejczyków. Nie mieli ładnych strojów, butów, ręce mieli zawsze brudne od prymitywnych smarów, bez których biegać się nie dało. Zjazdowcy swoje „cywilne” ubrania zostawiali w szatniach, biegacze wieszali na drzewach albo rzucali, gdzie popadło. Przysiągłem sobie to zmienić.” Początki były jednak trudne. Udało mu się jakoś namówić leśników, żeby pozwolili na ociosywanie odrostów świerków, by można było na nich wieszać ubrania. Zapał Juliana przekonał ich, że warto od czasu do czasu posłuchać tego szalonego z pozoru człowieka. Sam zresztą też chwytał siekierę i pomagał drwalom.

Jakuszyce to miejsce wyjątkowe. Mają mikroklimat, którego zalety poznali jeszcze Niemcy w latach 30., gdy przygotowywali się do berlińskich igrzysk. Teren jest doskonale wentylowany, bo na przełęczy hulają wiatry o korzystnej dla ludzi wilgotności. Sezon trwa tu niemal do maja. Julian Gozdowski mówi: „Świerki rosły tam w przedziwny sposób, ich korzenie rozchodziły się w ziemi płytko i bardzo szeroko. Silne wiatry przewracały je bez trudu, aż wreszcie na początku lat 70. doszło do katastrofy. Powalone zostały setki hektarów lasów. Trzeba było to uprzątnąć. Przyznaję, katastrofa pomogła nam przy zmianach w miejscu, w którym od pewnego czasu organizowano coraz poważniejsze krajowe zawody, z mistrzostwami włącznie. Ale mnie marzył się wielki, masowy bieg narciarski. Śledziłem relacje z Biegu Wazów w Szwecji i podobnych imprez w Europie. Zazdrościłem Czechom Jizerskiej Padesatki, rozgrywanej dwa kroki od Jakuszyc. Zgłosiłem propozycję, ale opór lokalnej władzy był silny. Cóż w jej hierarchii znaczył kierownik wydziału sportu?” Dwa lata zabiegów poszły na marne. Na szczęście urokami miejsca oraz ideą biegu udało się zainteresować telewizję. Wtedy władze natychmiast zmieniły zadanie. I tak 1976 roku odbył się pierwszy Bieg Piastów. Co prawda Jakuszyce były dość luźno związane ze śląskimi Piastami, ale nazwa była nośna. Gozdowskiemu marzyła się rozbudowa infrastruktury na Polanie, większa liczba startujących, z niczego nie chciał rezygnować, problemów przybywało. W końcu sytuacja stała się tak nieznośna, że władze miasta pozbyły się imprezy, a z nią kłopotów. Gozdowski jednak nie poddał się. Stworzył Stowarzyszenie Bieg Piastów, które przejęło markę, organizację, a gdy tylko zmieniły się uwarunkowania polityczno-ekonomiczne, także Polanę. Nie było łatwo, rzucano im kłody pod nogi, jednak „ukochane dziecko” Gozdowskiego zdobyło sobie tylu przyjaciół, że można było walczyć, wydeptywać ścieżki do urzędników.

 W pierwszym Biegu wystartowało 513 osób, głównie dzieci z okolicy. Julian Gozdowski oczywiście też. Później już tylko szefował, bo niełatwo było łączyć role zawodnika i komandora Biegu. W 1995 roku Bieg Piastów został włączony do prestiżowej Europejskiej Ligi Biegów Długodystansowych „Euroloppet”, a w 2009  do Światowej Ligi Biegów Długodystansowych „Worldloppet”. W tym samym roku przyznano Biegowi nagrodę dla najlepszej imprezy masowej w ramach plebiscytu Przeglądu Sportowego. Historyczny okazał się też rok 2012. Rozegrane zostały wtedy na Polanie biegi Pucharu Świata. „Mamy działalność całoroczną i trasy z homologacją światową”, mówi Gozdowski. „Zimą się szusuje, latem jeździ na rowerach. Dla mnie najistotniejsze jest, by jak najwięcej Dolnoślązaków biegało w Piastach.”

Bieg odbywa się nieprzerwanie od czterdziestu pięciu lat. Dziś bierze w nim udział około pięciu tysięcy uczestników. Od maluchów do tych najbardziej doświadczonych. Koronny dystans to pięćdziesiąt kilometrów. W rodzinie Gozdowskich nie ma takich, co nie biegają. Biegała żona Anna, onegdaj uczennica pana Juliana (młodsza o dziewięć lat), biegają córki Elwira i Gosia, a także chodzą już wnuki: Agnieszka, Magda i Wiktor. Nawet przy świątecznym stole rozmowa toczy się wokół biegu. „Gdyby nie Julian, nie byłoby narciarstwa na Polanie”, zapewnia Ryszard Witke, były skoczek narciarski z Karpacza, olimpijczyk z Innsbrucku (1964) i Grenoble (1968).

Julian Gozdowski jest Kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Krzyża Komandorskiego tego orderu. Jest też Honorowym Członkiem Polskiego Związku Narciarskiego. Dopiero kilka lat temu zrezygnował ze swoich funkcji ze względu na zdrowie.

„Przeszedłem długą drogę: od Tarnopolszczyzny do Gór Izerskich, od nauczyciela szkoły podstawowej do komandora Biegu Piastów. Wiła się, miała trudne do pokonania zakręty, wymagała wysiłku, ale warto było nią przejść…”, mówi król Polany Jakuszyckiej.

Autorka: Joanna Pogorzelska

Siła pasji…

Zaczęło się na Pradze w Warszawie, na kortach Olszynki Grochowskiej. Chodziłem do parku grać w piłkę i przy okazji podglądałem tenisistów. Podobała mi się ta gra, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Kiedyś na strychu w starych szpargałach znalazłem drewnianą rakietę do tenisa i jeszcze tego samego dnia pobiegłem na ściankę. Radość nie trwała długo, po kilku odbiciach piłka przeleciała przez naciąg. Szybko nauczyłem się naciągać rakietę przy pomocy wałka i szpikulców. Odwrotu już nie było, tenis stał się pasją mojego życia. Rodzice nie mieli pieniędzy na trenera, więc godzinami obijałem ścianę sali gimnastycznej, potem były pierwsze mecze na osiedlowym asfaltowym korcie. Grałem fatalny tenis, ale skuteczny, godziny ćwiczeń zrobiły swoje i zacząłem wygrywać osiedlowe potyczki.

Kolejny przełom nastąpił na studiach. W mojej grupie trafiłem na kumpla świetnego technicznie. Toczyliśmy zawzięte boje, technika przeciw regularnym dziwolągom. Udawało się wygrywać, ale czułem, że mój tenis to dramat. Byłem w kropce, grałem skutecznie, regularnie, więc głupio było brać trenera, a i z kasą nie było za ciekawie. Obłożyłem się książkami, zdobyłem kasetę z lekcjami Fibaka. Zacząłem wszystko jeszcze raz, przez dwa lata przegrywałem z byle "pykaczami", ale opłaciło się, znów zacząłem grać skutecznie. Na tenis klubowy było już niestety za późno, zostały amatorskie mistrzostwa Warszawy, turnieje na Olszynce Grochowskiej. Potem żona, dzieci, własna firma, kariera inżyniera w korporacji.

Kolejny przełom, to kiedy zrozumiałem, że to nie mój świat. Rozpocząłem kurs instruktora tenisa, szybko zorganizowałem pierwszą szkółkę i tak się zaczęła przygoda trenerska. W tym czasie rozwiodłem się i poznałem dziewczynę z Mrągowa. Mrągowo - czemu nie, pojechałem. Przez pierwsze dni szwendałem się zaglądając w każdy kąt, gdzie tu grać, gdzie trenować. Chciałem zbudować tam własne korty. Było blisko, jednak przegrałem przetarg na dzierżawę terenu. Wpadł mi do głowy pomysł wprowadzenia tenisa do Szkoły Mistrzostwa Sportowego "Baza Mrągowo". To sławna w Polsce szkoła dla żeglarzy, kajakarzy, deskarzy. Trenowali głównie na wodzie, sala i boiska stały puste. Szybko udało się przekonać panią dyrektor do nowej sekcji. Starostwo też się zgodziło, a ja stanąłem przed nowym wyzwaniem. Żeby pracować w SMS (Szkoła Mistrzostwa Sportowego), musiałem skończyć pedagogikę. To musiało potrwać, ale w rok zrobiłem dwa lata. W tym czasie prowadziłem darmowe zajęcia z tenisa i siatkówki. Na ostatnim roku studiów już miałem etat trenera w SMS. Zaczęła się ciężka praca, pierwszy trening 6.50 rano, drugi po zajęciach, dodatkowo praca z dziećmi w podstawówkach. Miałem zielone światło, wsparcie burmistrzowej, wsparcie starosty, darmowy dostęp do obiektów. Po czterech latach byliśmy mocni w województwie, a w szkółce ćwiczyło z pięćdziesięcioro dzieci. Startowaliśmy gdzie się dało, talentiady, mistrzostwa województwa, turnieje tenis10, amatorskie, WTK, OTK. Mrągowo pojawiło się na mapie tenisowej Polski. Zawodnicy pięli się na listach rankingowych PZT.

Sen o potędze skończył się przez politykę. Przyszła nowa pani dyrektor, tak z teczki. Wymyśliła, że jeśli może być tenis, to może być i piłka nożna czy koszykówka. Nie mieliśmy szans się utrzymać - zawodnicy potrzebowali indywidualnych treningów, a piłkarze trenowali całym zespołem. Etat to osiemnaście godzin, w tym wyjazdy na zawody. Mogłem albo pracować z zawodnikami, albo robić nabory do szkolenia początkowego, oba konieczne z uwagi na płynność nowych roczników i  utrzymanie frekwencji w klasach szkolnych. Bez wsparcia musiałem rozwiązać sekcję. Po czterech latach panią dyrektor z hukiem wyrzucono, ale sekcji nie udało się odbudować. Zawodnicy próbowali jeszcze sił w Olsztynie, ale dojazdy sześćdziesiąt kilometrów wielu zniechęciły. Kilku zawodników zastało trenerami, niektórzy kontynuowali treningi. Moda na tenis w Mrągowie została, powstały korty zewnętrzne i kryte, pojawili się nowi trenerzy.

Dla mnie był to czas na nowe wyzwania. Związałem się z klubem Budowlani Olsztyn, podjąłem pracę w zarządzie WMZT, jestem delegatem PZT z ramienia związku oraz zdobyłem kwalifikacje sędziego. Organizowałem i sędziowałem wiele turniejów, tak amatorskich, branżowych (zakładów mięsnych, lekarzy, dziennikarzy, Wama Ladies Open, aktorów, itp), jak i PZT w kategoriach młodzieżowych.

Obecnie w czasach pandemii chciałbym dzielić się swoim doświadczeniem przez internet. Pracuję nad internetową akademią tenisa.

Tomasz Warowny

trener tenisa, naczelny sędzia regionalny PZT, działacz